Kolejny lekarski rok dobiega końca. Sukcesy i porażki. Nowe wyzwania i
projekty. Magiczny
krąg zdarzeń nieuchronnych. Pracujemy, analizujemy, wykonujemy zadania, szkolimy, integrujemy.
De facto borykamy się z podobnymi problemami. Pozornie nowe tematy okazują się
odzwierciedleniem nierozwiązanych zaszłości lub odgrzewanym na polityczne lub społeczne
potrzeby kotletem. Niezależnie od politycznej opcji sprawującej aktualnie władzę w gorących
momentach winą za niezreformowany od lat i wadliwie skonstruowany system opieki zdrowotnej
obarcza się zawsze lekarzy. To lotne, sprawdzone slogany, które działają od lat. Jest
kłopot – „grzejmy” zarobki lekarzy. Historia w tej materii powtarza się nieprzerwanie w
czarodziejskim
i zamkniętym kręgu. A my rutynowo odpieramy te ataki kolejnymi stanowiskami
i apelami. Taka polityka. Dopóki ta narracja działa i jest skuteczna będzie stosowana przez
polityczne elity niezależnie od barw i wierzeń.
Niedawno wróciłem z naszą delegacją z Konferencji w Gnieźnie poświęconej
obecnej sytuacji
naszego lekarskiego środowiska oraz kondycji naszego samorządu zawodowego. Koleżanki
i koledzy z Wielkopolski i innych izb lekarskich udowodnili, że da się budować nowoczesny
samorząd z tradycjami i wartościami, otwarty na oczekiwania i potrzeby. Samorząd,
który słucha i prowadzi przez meandry administracyjno-prawno-społecznej rzeczywistości.
Samorząd, który tylko poprzez jedność może być silny i skuteczny. Paradoksalnie to młode
pokolenie lekarek i lekarzy dostrzega bardziej, niż kiedykolwiek potrzeby zmian i przywrócenia
autorytetu, prestiżu i wizerunku całego naszego środowiska. Fortuna kołem się toczy.
Gorąco Państwa zachęcam do szczegółowego zapoznania się i
skorzystania z rożnego
rodzaju dofinansowań (fundusze stypendialne i szkoleniowe, które izba przygotowała). Pula
środków na te cele jest systematycznie zwiększana. Info – w naszych mediach.
W 2007 r. po fali protestów zorganizowanych
przez OZZL dotyczących podwyżki
płac oraz zwiększenia finansowania i reformy
opieki zdrowotnej w Polsce, ówczesny
Minister Spraw Wewnętrznych Ludwik
Dorn, w swojej bezsilności, groził lekarzom
„wzięciem w kamasze”. Prawdopodobnie
pomyliły mu się systemy polityczne, w których
funkcjonował. Wywołało to oburzenie
w środowisku lekarskim i myślę, że istotnie
przyczyniło się do porażki politycznej
ówczesnej ekipy rządzącej. Lekarze wtedy
zarabiali mniej więcej na poziomie średniej
krajowej lub poniżej. I to było w porządku
wg rządzących. Rozpoczęło się zmuszanie
lekarzy do przechodzenia na kontrakty
(umowy cywilno-prawne), na których teraz
pracuje większość lekarzy. Przyniosło to
wtedy spore oszczędności jednostkom leczniczym.
Wtedy lekarska dziura demograficzna
wraz z zarobkową emigracją jeszcze nie
stanowiła takiego problemu jak teraz, choć
pierwsze jaskółki tego problemu już były.
Samorząd lekarski alarmował i domagał się
działań. Niestety, jak zwykle, nie zrobiono
z tym nic.
Obecnie ze względu na ogromny deficyt
w budżecie NFZ aktualny rząd rozpętał
kampanię medialną dotyczącą rzekomo niebotycznych
zarobków lekarzy na kontraktach
i wskazał na nie jako na przyczynę finansowego
krachu NFZ. Mimo oczywistych
statystyk demaskujących nieprawdę, gdyż
zarobki powyżej 100 tys. zł miesięcznie
dotyczą zaledwie 0,2% lekarzy w dodatku
bez podawania wymiaru pracy, Ministerstwo
Zdrowia bez konsultacji ze środowiskiem
lekarskim forsuje ustanowienie górnego pułapu
wynagrodzeń dla lekarzy pracujących
w ramach NFZ oraz wprowadzenie wymogu
pracy w wymiarze co najmniej połowy etatu.
Pomimo ostrzeżeń, że takie warunki pomijając
ich niezgodność z prawem, spowodują
wydłużenie kolejek na świadczenia medyczne
oraz pociągną za sobą likwidację szpitali
powiatowych z powodu niedoboru kadry lekarskiej
MZ pozostaje głuche na argumenty
Sądzę, że robienie z lekarzy tzw. „Czarnego
Luda”, przy okazji kalania dobrego
imienia lekarzy, w rezultacie obróci się nie
tylko przeciw obecnej koalicji rządzącej, ale
przede wszystkim przeciw pacjentom.
Najgorsze jest to, że obecne działania
medialne przeciwko lekarzom wzmacniają
wszelkiej maści organizacje antyszczepionkowe
oraz zajmujące się tzw. medycyną
alternatywną, cokolwiek to znaczy,
a mówiąc wprost szarlatanerią. Jeszcze nie
dawno wydawało się, że dialog środowiska
lekarskiego z MZ szedł w dobrym kierunku
a tragedia, która wydarzyła się w Krakowie,
kiedy został zamordowany lekarz w miejscu
pracy, może przysłużyć się poprawie bezpieczeństwa
lekarzy. Teraz przy takiej nagonce
możemy o tym zapomnieć i spodziewać
się nowej fali hejtu, co już się dzieje.
W dodatku, w ostatnim czasie odżył projekt
likwidacji lekarskiego stażu podyplomowego.
Przypadek? Nie sądzę. Jego likwidacja
to następne oszczędności dla budżetu
państwa, bo pensje stażystów są z niego
finansowane. Dziwi mnie tylko, że wypłynął
on od rektorów Konferencji Rektorów Akademickich
Uczelni Medycznych. Temat ten
był przerabiany w latach 2014-2016 kiedy
staż miał być zniesiony, ale został przywrócony
po licznych protestach środowiska
oraz analizie, że jego implementowanie
na VI roku studiów jest nierealne organizacyjnie.
Minęło prawie 10 lat, ale nie jestem
przekonany, aby pod tym względem coś się
mogło zmienić. Skoro już to przerabialiśmy
z marnym skutkiem, to po co do tego wracać?
Czy naprawdę zamiast iść do przodu
musimy się cofać? Zamiast poprawiać,
psuć jeszcze bardziej? Kiedy politycy od
prawa do lewa zrozumieją, że poprawa
działania niedofinansowanego systemu
ochrony zdrowia jest w interesie wszystkich
obywateli, których reprezentują a znajdowanie
chłopców do bicia w postaci lekarzy
na pewno się nie opłaci? Czas, aby Polak
był mądry przed szkodą!
Cofnijmy się do początków – co skłoniło
Pana do wyboru kierunku lekarskiego,
a ściślej specjalizacji z chirurgii?
Pochodzę z lekarskiej rodziny. Moi rodzice
skończyli medycynę w 1950 r. w Poznaniu
z nakazem pracy w Wałczu. Ich kolejnym
przystankiem była Piła, w której się urodziłem.
Mój ojciec jako początkujący ginekolog
przeszedł do Torunia, do szpitala na Przedzamczu.
W 1953 r. przyjechaliśmy tutaj
z mamą i już zostaliśmy. Moje życie rodzinne
polegało na tym, że rodzice naprzemiennie
dyżurowali. Bardzo lubiliśmy, gdy mój ojciec
był na dyżurze, wówczas dłużej mogliśmy
bawić się na podwórku. Nie bardzo słuchaliśmy,
gdy mama wołała nas do domu, a jak
był ojciec to o godz. 19 byliśmy zawsze
w łóżkach.
Medycyna była dla Pana naturalnym
wyborem?
Żyliśmy w tej atmosferze. Nie widzieliśmy
z bratem (Piotrem Jackowskim, toruńskim
ginekologiem) innej drogi. Studiowaliśmy
na Akademii Medycznej w Gdańsku. Zacząłem
w 1969 r., zaraz po maturze w toruńskim
IV LO, moim ukochanym liceum, szkole mojej
Ginekologiem Pan jednak nie został
Problem polegał na tym, że bardzo źle
czułem się na sali porodowej z powodu zapachu
wód płodowych. Bardzo mnie mdliło.
Wiedziałem, że w tę stronę nie pójdę. Mnie
zawsze interesowały zabiegi. W tym czasie
na chirurgii działał drugi, bardzo młody
zespół pod przewodnictwem Waldemara
Jędrzejczyka, wówczas jeszcze doktora.
Profesor miał chyba dwunastu asystentów,
około 4-5 lat starszych ode mnie. Bardzo
przylgnąłem do tego zespołu i tak zaczęła
się moja kariera chirurgiczna i w tej specjalizacji
pozostałem. To, co udało się osiągnąć
w tamtym czasie i późniejszych latach było
bardzo ważne. Gdy przyszedłem na staż
nasz szpital liczył tylko trzy lata. Został
otwarty w 1972 r.
„Wtedy to był sympatyczny, komunistyczny
domek, w którym rozpadały się
łóżka, latem było gorąco, a zimą zimno.
Sprzęt nie był takiej klasy, jaki mamy od
30 lat.” – wspominał Pan początki szpitala
trzy lata temu w rozmowie z lokalnymi
„Nowościami”, a jednak tu Pan został.
 Zespół był młody, pełen energii, a my
operowaliśmy nawet po dwanaście godzin.
Ambicje naszego szefa były nieograniczone,
zajmowaliśmy się chirurgią żołądka, jelita
grubego, potem chirurgią naczyniową. Dzięki
temu zacząłem robić kolejne stopnie specjalizacji.
W 1978 r. zrobiłem pierwszy stopień
specjalizacji z chirurgii ogólnej, a po czterech
latach drugi stopień, który to zdawałem
w stanie wojennym. Miałem wtedy 30 lat. Od
tego czasu cały czas pracuję w tym samym
miejscu. Przeszedłem kolejne stopnie kariery.
Najważniejsze było to, że zawsze mięliśmy
bardzo dobry zespół, operowaliśmy bardzo
dużo, pozwalano nam rozwijać się naukowo.
Także przy końcu swojej kariery doszedłem
do tego, że w Klinice (chodzi o prowadzoną
przez profesora w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym
Katedrę i Klinikę Chirurgii Ogólnej,
Gastroenterologicznej i Onkologicznej Collegium
Medicum UMK – przyp. red.) na stałe
pracuje czterech profesorów chirurgii, dodatkowo
współpracuje z nami profesor, który
dojeżdża z Warszawy. Mamy bardzo dobry,
młody zespół rezydentów, rozwijający się
w różnych kierunkach. Mogę powiedzieć tylko
tyle, że brakuje mi kilku elementów w tej
układance, żeby móc powiedzieć, że Klinika
pozostała całkowicie zbudowana. Mamy bardzo
dobrą chirurgię endoskopową na poziomie
światowym, z profesorem Mateuszem
Jagielskim na czele, rezydentami i młodszymi
asystentami. Mamy chirurgię jelita
grubego z profesorem Jackiem Piątkowskim
na czele, mamy chirurgię bariatryczną z profesorem
Krzysztofem Paśnikiem, doktorem
Wojciechem Kupczykiem oraz profesorem
Jackiem Szeligą. Rozwijamy się w różnych
kierunkach, co powoduje, że z jednej strony
mamy pełną gamę możliwości zabezpieczenia
pacjenta, z drugiej prężnie rozwijamy się
również naukowo. Moja Klinika w ciągu r. obsługuje
5,5 tys. pacjentów, w tym wykonujemy
ponad 3 tys. operacji i 2,6 tys. endoskopii
zabiegowych. Jest to ogrom pracy i jednym
z moich obowiązków jest podpisywanie wypisów.
Policzyłem, że rocznie muszę złożyć
ponad 30 tys. parafek na samych tylko wypisach.
Imponujące. Powiedział Pan, że brakuje
Panu kilku elementów, żeby uznać
budowę Kliniki za zakończoną, czego
konkretnie?
W zamiarze mam utworzenie tzw. Breast
Cancer Unit, wyspecjalizowanej jednostki
leczącej kompleksowo raka piersi we wszystkich
stadiach choroby. Jesteśmy w fazie
wstępnej. Młodzi ludzie uczą się u nas np.
biopsji mammotomicznych. Wspiera nas
profesor Henryk Witmanowski z Poznania,
chirurg plastyczny i rekonstrukcyjny, który
pomaga nam w operacjach oszczędzających
i operacjach z implantami. Mam bardzo dobry
zespół chirurgów onkologicznych, w tę
stronę również chcemy pójść. Wiemy, że jest
ogromne zapotrzebowanie. Ponad 20 tys.
kobiet w Polsce rocznie zapada na tę chorobę,
w związku z tym chcemy pomóc ośrodkowi
w Bydgoszczy, współpracując ściśle
z tamtejszym Centrum Onkologii.
Skoro już rozmawiamy o chirurgii,
trochę po cichu zniknęła działająca od
lat w państwa szpitalu chirurgia naczyniowa.
Nie ma oddziału ani zespołu. Co
właściwie wydarzyło się i czy widzi Pan
możliwości odbudowy?
Chirurgia naczyniowa przez szereg lat
była w naszych szeregach. Mieliśmy dwóch
znakomitych chirurgów. Jeden niestety zachorował
i po kilku latach zmarł, bardzo żałujemy
(dr Paweł Drojecki, przyp. red.). Lekarz,
który pozostał nie był w stanie jednoosobowo
prowadzić Oddziału Chirurgii Naczyniowej.
My w tej chwili nie mamy możliwości naboru
lekarzy – oczywiście jesteśmy przygotowani,
gdyby się pojawił jakiś zespół.
W Toruniu obecnie nie ma już nawet
Poradni Przyszpitalnej, w której jeszcze
parę lat temu przyjmował dr Marian Janowski?
Rzeczywiście tak jest, dr Marian Janowski,
mój wieloletni zastępca, szalenie pracowity
i mądry. Jestem mu bardzo wdzięczny.
Na ten moment niewiele możemy w tej sytuacji
zrobić. Do funkcjonowania oddziału
potrzebnych jest minimum czterech specjalistów,
a najlepiej pięciu. Dotychczasowe próby
reaktywacji nie udały się.
Profesorze zajrzyjmy jeszcze w przeszłość.
Wyobrażam sobie, że jest taki
moment w życiu i karierze chirurga, gdy
stoi on przy stole operacyjnym i rzeczywiście
czuje, że ta praca ma głęboki
sens. Był taki moment, w którym po raz
pierwszy poczuł Pan, że ten wybór drogi
jest właściwy, był taki pacjent, taka operacja
z którą pozostał Pan na wiele lat?
Wykonujemy bardzo dużo zabiegów
w związku z tym te, które idą dobrze, kończą
się sukcesem i nie sprawiają kłopotów są natychmiast
zapominane. Liczby, które wymieniłem
nie są wzięte z kapelusza. W związku
z tym pamiętamy tylko jak nam coś się nie
udaje, z czymś mamy kłopoty. Nie pamiętam
jednego konkretnego. Pamiętam wiele
sytuacji, które zdarzyły się i pamiętam też
momenty, w których rozważaliśmy jak inaczej
mogliśmy sobie poradzić. Wprost nie opowiem
o jednym konkretnym przypadku.
Zaczynał Pan jako chirurg klasyczny,
a dzisiaj szpital, w którym jest Pan Naczelnym
Lekarzem posiada i operuje za
pomocą robota Da Vinci, jak patrzy Pan
na tę historyczną zmianę?
Jako chirurg klasyczny przeżyłem 17 lat
w tej profesji, do 1992 r.. Po kursach w Niemczech
zaczęliśmy wykonywać na Bielanach
w Toruniu pierwsze operacje laparoskopowe,
od tego czasu rozwinęliśmy bardzo chirurgię
małoinwazyjną. Laparoskopowo operujemy
obecnie ponad 80 procent przypadków,
co jest dużo lepsze dla pacjenta z powodu
mniejszego bólu i krótszego czasu rekonwalescencji.
Do tego dwa lat temu dołączył
do nas wspomniany robot Da Vinci, którym to
operujemy np. nowotwory jelita grubego. 33
lata temu chirurgii laparoskopowej musiałem
uczyć się od początku, był to skok jakościowy.
Początki były trudne, operowaliśmy wtedy
proste przypadki nawet godzinę – dwie.
Doszliśmy do ogromnej wprawy. Obecnie
metodą klasyczną operujemy głównie pacjentów
z rakiem trzustki i są to wielogodzinne
zabiegi. Młodzi ludzie szkoleni są obecnie
tak, że doskonale posługują się chirurgią małoinwazyjną,
ale mają mniejsze doświadczenie
w chirurgii klasycznej. W związku z tym
apeluję do moich starszych kolegów, pamiętających
czasy chirurgii klasycznej, aby szkolić
młodych w tym zakresie. Nie w każdym
przypadku możemy posługiwać się chirurgią
małoinwazyjną. Po urazach lub powikłaniach
musimy używać chirurgii klasycznej.
Z perspektywy Pana doświadczenia,
jak na przestrzeni ostatniego półwiecza
rozwijała się chirurgia i stosowane w niej
techniki operacyjne? Czy jest zmiana,
którą uważa Pan za najważniejszą lub
szczególnie cenną?
Niewątpliwie jest to zmiana metod operacyjnych
w chirurgii, ale też zmiana całego
anturażu postępowania z pacjentem przed
Niewątpliwie jest to zmiana metod operacyjnych
w chirurgii, ale też zmiana całego
anturażu postępowania z pacjentem przed, w trakcie i po operacji. Mamy obecnie prehabilitacje,
rehabilitacje, lepiej przygotowanych
pacjentów do operacji, pacjentów
z nowotworami wykrytymi na wcześniejszych
etapach. Niezwykle ważny jest również z jednej
strony gwałtowny rozwój diagnostyki,
a z drugiej strony rozwój metod małoinwazyjnych.
Różnica pomiędzy chirurgią klasyczną,
a małoinwazyjną jest kolosalna. Skok technologiczny
jest zdumiewający także w części
związanej z wykorzystaniem w chirurgii
sztucznej inteligencji. W kolonoskopii sztuczna
inteligencja wykrywa o 22% więcej wczesnych
zmian, niż oko ludzkie. Skupia uwagę
lekarza specjalisty wykonującego endoskopię,
niejako podpowiadając w jakim miejscu
zmiany nie odpowiadają normie. Jak zawsze
w centrum zmian musi pozostać pacjent, to
znaczy zawsze trzeba dopasowywać postęp
do potrzeb pacjenta.
Odłóżmy na chwilę wątek szpitalny
i zajrzyjmy jeszcze do tego, co było Pana
doświadczeniem zagranicznych staży.
Był Pan w wielu ośrodkach m.in. w Getyndze,
Strasburgu, Londynie, w USA.
W jaki sposób te doświadczenia wpłynęły
na Pana sposób myślenia o chirurgii?
Powiem tak, bez tych staży i wyjazdów
nie byłoby mojego pełnego rozwoju, to jest
bardzo ważne. We wczesnych latach 80. za
pieniądze mojego ojca jeździłem do Wielkiej
Brytanii, obserwując klasyczną, bardzo
nowoczesną chirurgię brytyjską. Potem jeździłem
do Stanów Zjednoczonych, a także
do Francji. Wyjazdy do Niemiec zaowocowały
doskonałymi relacjami z tamtejszymi
chirurgami, kontakty trwają do dziś. Doświadczenie
wyjazdów to możliwość obcowania
z inną organizację szpitala, sposobami
podejścia do operacji – od profesora Jörga
Siewerta, zmarłego w zeszłym roku prezesa
Towarzystwa Chirurgów Niemieckich w Monachium, zaczerpnąłem w latach 90. sposób
organizacji pracy Kliniki. W IRCAD w Strasburgu,
w wiodącym w Europie ośrodku szkolącym
w chirurgii małoinwazyjnej w latach 90.
uczyłem się chirurgii laparoskopowej. Wyjazdy
zarówno zagraniczne, jak i do polskich
ośrodków są dla lekarza zawsze cenną wymianą
doświadczeń. Chirurgia wymaga nieustannych
szkoleń, nie da się osiąść na laurach
i być w chirurgii nadal skutecznym.
Na swojej drodze spotkał pan Profesora
Waldemara Jędrzejczyka, jakie
wartości i umiejętności wyniósł Pan z tej
współpracy?
Poznałem profesora Jędrzejczyka, gdy
był jeszcze doktorem. Był człowiekiem, dla
którego rozwój był niezwykle ważny. Interesowało
go wszystko, co nowe, do tego miał
taką cechę, którą ja staram się powielać,
mianowicie wszystkich nas popychał do nieustannego
rozwoju naukowego. Każdy, kto
chciał zrobić doktorat i dalej habilitację był
przez niego motywowany, wręcz pilnował
nas w tym. Dzięki temu mamy w swojej klinice
tylu naukowców. Trzeba pamiętać, że
jesteśmy związani z uniwersytetem i pisanie
prac naukowych jest naszym obowiązkiem.
Młodzi ludzie się do tego bardzo garną. W tej
chwili trzech moich rezydentów przygotowuje
doktoraty. To wszystko zawdzięczamy podejściu
profesora Jędrzejczyka. Podobnie ze
stażami – zawsze na to przyzwalał i zawsze
był ciekaw doświadczeń, jakie zdobyliśmy.
Sam też jeździł na staże do Włoch i Anglii.
Jednocześnie był świetnym chirurgiem klasycznym.
W chirurgii klasycznej posiadał
charakterystyczną delikatność. Pochodził ze
szkoły doktora Stefana Myszki, chirurga, który
swoje szlify zdobył przed II wojną światową
w niemieckich uniwersytetach. Była to tak
zwana chirurgia pruska, charakteryzująca się
właśnie delikatnością i dużym szacunkiem
dla anatomii. Profesor Jędrzejczyk reprezentował
tę szkołę, a my nadal idziemy tym
tropem. To jego największa zaleta, że cały
czas szukał nowych dróg i do tego też nas
nakłaniał
Pana droga naukowa rozpoczęła się
od badań nad zespoleniami przewodu
pokarmowego i prowadziła poprzez nowoczesne
techniki endoskopowe, aż po
autofluorescencję tkanek. Jak zrodziły
się te zainteresowania?
Tam, gdzie pojechaliśmy w tym roku,
do Aksum w północnej części Etiopii, małej
miejscowości, ważnej z religijnego punktu
widzenia, nie ma w ogóle lekarza okulisty.
Tamtejszy szpital posiada sprzęt zakupiony
przez hinduską fundację, maszynę, dzięki
której można operować zaćmy. Niestety stoi
nieużywana. Nie ma kto operować.W latach 70. i na początku lat 80. wykonywaliśmy
rocznie około dwustu zabiegów
operacyjnych klasycznie z powodu choroby
wrzodowej żołądka i dwunastnicy. Były to
krwawienia, perforacje, zwężenia odźwiernika
żołądka, ale też samoleczenia choroby
wrzodowej, różnego rodzaju wagotomie. Pacjenci
nierzadko trafiali do nas w tragicznym
stanie. Powikłania po takich operacjach były
częste, a my nie umieliśmy wtedy operować
endoskopowo. W 1982 r. dwóch badaczy
Barry Marshall oraz Robin Warren z Australii
odkryli, że podłożem choroby wrzodowej
żołądka i dwunastnicy jest bakteria Helicobacter
pylori. Odkrycie zmiotło w jednej
chwili chirurgię choroby wrzodowej żołądka
i dwunastnicy. Pojawiły się leki, antybiotyki
i skończyła się historia tej choroby. Naturalnym
efektem postępu w medycynie była
zmiana zainteresowań w kierunku endoskopii
i chorób nowotworowych.
Jest Pan również dydaktykiem, wykształcił
dziesiątku studentów, doktorów,
Zapewne przygląda się Pan młodemu pokoleniu
chirurgów. Jakie cechy ceni Pan
u młodych lekarzy?
Najważniejsza jest chęć do pracy, a więc
cecha, którą nie wszyscy mają. Akurat moi
młodzi rezydenci są przykładem pracowitości,
ciekawości w zdobywaniu nowych
doświadczeń, poznawaniu nowych metod
diagnostycznych. Wszyscy moi rezydenci
potrafią wykonać endoskopię, to znaczy,
że podczas dyżuru poradzą sobie z powikłaniem
w postaci krwawienia z przewodu
pokarmowego, przepchnięciem kęsa pokarmowego.
Zaczynają także uczyć się ultrasonografii,
aby być jak najbardziej niezależnymi
diagnostycznie. Druga cecha to chęć do nauki.
Jeżeli ktoś wykonuje jakąś operację
i pytamy kto by zgłosił się do niej, to oni są
bardzo chętni. Obecne pokolenie jest bardzo
zachowawcze. Stawia swoje życie na pierwszym
planie, my jednak w swojej Klinice
mamy rezydentów, którzy są z nami już od IV
roku studiów, najpierw w kółku chirurgicznym
prowadzonym przez panią adiunkt dr Aleksandrę
Mojkowską, potem na VI roku studiów
przychodzą na praktyki do szpitala, a potem
jako asystenci lekarzy, robią staże, a po stażu
rezydenturę, w ramach której otrzymują
stypendium dyrektora szpitala. Chirurgia jest
dziedziną bardzo wymagającą, wiąże się
z licznymi dyżurami, zauważam duży kłopot
z młodymi adeptami chirurgii. U nas jednak
mam przyjemność pracować z ludźmi oddanymi
tej dziedzinie medycyny i patrzę z podziwem,
jak zdobywają nowe szlify i coraz
bardziej się rozwijają. Staram się młodych
stymulować, pomagać im.
Od wielu lat jest Pan Naczelnym Lekarzem
szpitala, od 1992 r. pierwszym
zastępcą, pamięta Pan początki lecznicy,
patrzy jak wygląda ona dzisiaj. Z której
decyzji jest Pan szczególnie dumny, a co
z kolei nie przeszło próby czasu i dziś postąpiłby
Pan inaczej?
Najbardziej dumny jestem z tego, że szpital
cały czas rozwija się. Tworzone są nowe
specjalności. Na naszym bloku operacyjnym
wykonujemy z różnych dziedzin około 22 tys.
operacji rocznie, wcześniej było to około 12-
13 tys. Rozbudowując szpital w znaczący
sposób poprawiliśmy warunki dla pacjentów
na oddziałach zabiegowych. Nie udało się
dokończyć szpitala jako całości, trzeba by
zburzyć jeszcze starą część, o czym mówiłem
na swoim Jubileuszu. To jest coś, co
chciałbym jeszcze zobaczyć.
A jaka decyzja, jaki kierunek nie przeszedł
próby czasu?
Nie mam takiej myśli, że coś poprawiłbym,
czy zrobił inaczej. Na pewno nie w chirurgii.
Jeśli zaś chodzi o pracę szpitala, to
w tej chwili ta konsolidacja, jaka dokonała się
prawie 15 lat temu spowodowała, że z jednej
strony zbudowaliśmy organizm bardzo otwarty, z drugiej strony potrafimy pomóc
w różnych specjalnościach. Mamy bardzo
dobre warunki na oddziałach psychiatrycznych,
niewiele ośrodków w Polsce może
pochwalić się podobnymi. Do tego trzeba
dodać możliwości leczenia, jakie daje szpital
dziecięcy, do którego przeniosła się ambulatoryjna
psychiatria dziecięca. Posiadamy
rozległe możliwości diagnostyczne. Powiem
tylko tyle, że jeszcze kilka lat temu mieliśmy
60-70 tys. hospitalizacji rocznie, teraz sięgamy
prawie 90 tys. hospitalizacji. Wykonywaliśmy
około 170 tys. porad rocznie, obecnie ta
liczba wzrosła do 330 tysięcy. Proszę sobie
wyobrazić, 330 tys. pacjentów wchodzących
i wychodzących rocznie do naszych lecznic
na Bielanach i przy ul. Konstytucji 3 Maja.
Gdybyśmy na chwilę zapomnieli o chirurgii,
czy jest kierunek lub element rozwoju
dla szpitala w ogóle, który wciąż
czeka na realizację?
Brakuje nam radioterapii, pacjenci zmuszeni
są jeździć na leczenie do Bydgoszczy.
Mamy chirurgię onkologiczną, mamy chemioterapię
nowotworów, zaś radioterapię
musimy niestety wykonywać gdzie indziej. To
jest mój ból, starałem się o to. Przygotowaliśmy
projekt, wystąpiliśmy do Ministerstwa
Zdrowia i dostaliśmy pozytywną ocenę, ale
nie ma na to potrzebnych środków. Gdyby
uruchomić u nas radioterapię, wówczas
w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Toruniu
oferowalibyśmy pacjentom pełen pakiet
onkologiczny.
Od ponad 30 lat odpowiada Pan za
tematy medyczne największego toruńskiego
szpitala. Zasiadał Pan lub zasiada
w rozlicznych eksperckich gremiach, jednocześnie
przez lata aktywnie pracował
Pan jako chirurg. Działał na najwyższych
obrotach. Jak kompensuje Pan stres
związany z wykonywanym zawodem i czy w takiej konstelacji można w ogóle
mieć życie poza szpitalem?
Powiem tak, nie można utrzymać koncentracji
i emocji w ryzach jak nie ma się
odskoczni. Dla mnie zawsze był i jest nią
sport. Codziennie jeżdżę na rowerze, jeżdżę
na rolkach, cały czas gram w tenisa, jestem
w tej chwili najstarszym zawodnikiem w klubie.
Jeżdżę na nartach. Mam własną siłownię
w domu – ćwiczę w niej codziennie. Jest
to coś, co bardzo pomaga mi w utrzymaniu
życiowego balansu. Poza tym uwielbiam podróże,
uczę się nowych języków. Moje dzieci
dobiegają pięćdziesiątki, jedno już ją przekroczyło.
Syn mieszka w Stanach Zjednoczonych,
córka w Polsce. Mamy bardzo bliskie
relacje, także z wnuczkami, które mają już
swoje życie. Muszę sobie to wszystko układać
– sport, książka, dobry film. Tylko tyle.
Profesor Marek Jackowski jest Naczelnym Lekarzem Wojewódzkiego
Szpitala Zespolonego, największej lecznicy w Toruniu, funkcję tę pełni od
2003 r., wcześniej od 1992 r. był zastępcą dyrektora ds. opieki zdrowotnej.
Od 1975 r., a więc od początku swojej drogi zawodowej jest związany z toruńską
placówką, w której to przeszedł wszystkie szczeble kariery. Kieruje
Katedrą i Kliniką Chirurgii Ogólnej, Gastroenterologicznej i Onkologicznej
Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Jego specjalizacją
jest chirurgia ogólna, ze szczególnym uwzględnieniem technik małoinwazyjnych
– chirurgii laparoskopowej i robotycznej. Wykształcił kolejne
pokolenia lekarzy.
Benefis na 50 lecie drogi zawodowej
W tym roku profesor Marek Jackowski obchodzi wyjątkowy jubileusz –
50-lecie swojej kariery zawodowej. Uroczystość z tej okazji odbyła się w październiku
w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu. Podczas benefisu profesor
spotkał się z licznym gronem współpracowników i przedstawicieli środowiska
medycznego, z którymi od lat dzieli się swoim doświadczeniem oraz wiedzą.
Wydarzenie miało charakter artystyczny – Teatr im. Wilama Horzycy przygotował
specjalny program, w którym znalazły się wspomnienia i anegdoty
z bogatej drogi zawodowej Jubilata. Oprawę muzyczną zapewnili artyści
z orkiestry Młodzieżowego Domu Kultury oraz chór szpitalny, nadając całemu
spotkaniu uroczysty i ciepły ton.
Szanowni Państwo,
w dniu 13 września 2025 r., w murach
zabytkowego Teatru im. Wilama Horzycy
w Toruniu, odbyła się podniosła uroczystość
wręczenia Praw Wykonywania Zawodu
Lekarza tegorocznym absolwentom
Uniwersytetów Medycznych.
To szczególne
wydarzenie, pełne wzruszeń, dumy
i nadziei, stanowiło symboliczne zwieńczenie
wielu lat wytężonej nauki i jednocześnie
uroczyste wejście młodych adeptów sztuki
medycznej w szeregi przedstawicieli jednego
z najodpowiedzialniejszych zawodów.
Grudziądzkie Forum Lekarzy Rodzinnych (GFR)
zostało utworzone z inicjatywy dr Konrada Flisa. Są
to cykliczne spotkania w grudziądzkiej Delegaturze,
odbywające się raz w miesiącu. Mają służyć integracji
lekarzy rodzinnych, ułatwiać wymianę informacji, umożliwiać
wzajemne wsparcie i pomoc oraz reprezentować
interesy środowiska. Pierwsze oficjalne spotkanie miało
miejsce 1 lipca 2025 r., podczas którego omówiono najistotniejsze
zagadnienia środowiska lekarzy rodzinnych:
relacje z NFZ, oprogramowanie do obsługi medycyny
rodzinnej, relacje z samorządem terytorialnym, pozycja
lekarzy rodzinnych w systemie ochronie zdrowa. Ponadto
tematem rozmów było podniesienie prestiżu medycyny
rodzinnej przez stworzenie możliwości robienia
specjalizacji w dziedzinach wymienionych w opiece koordynowanej
(kardiologia, diabetologia, endokrynologia
nefrologia) specjalną ścieżką po przepracowaniu 4 lat,
jako specjalista medycyny rodzinnej.
Kolejne spotkanie GFR zaplanowano na 9 grudnia
br. Organizatorzy zapowiadają, że również i tym razem
nie zabraknie ciekawych tematów i inspirujących dyskusji.
W dniach 24-26.10.2025 r. Przedstawiciele Grudziądzkiego
Forum Lekarzy Rodzinnych wzięli udział
w XIV Kongresie Polskiego Towarzystwa Medycyny
Rodzinnej. Podczas trzech spotkań lekarze rodzinni,
pielęgniarki, koordynatorzy opieki zdrowotnej
oraz przedstawiciele innych zawodów medycznych
uczestniczyli w prelekcjach, warsztatach i sesjach
tematycznych. Szczególną uwagę poświęcono profilaktyce,
zwłaszcza w kontekście programu „Moje
Zdrowie”. Kierownikiem naukowym Kongresu została
prof. dr hab. n. med. Agnieszka Mastalerz – Migas, którą
lekarze z Grudziądzkiego Forum Lekarzy Rodzinnych
zaprosili do Delegatury w Grudziądzu KPOIL w Toruniu.
Tę fundamentalną zasadę potwierdził niedawno
Sąd Karny we Włocławku. Jak wcześniej
informowałam, w ramach działalności
Zespołu do spraw zwalczania nielegalnej
działalności leczniczej, powołanego przez
Okręgową Radę Lekarską naszej Izby, podejmujemy
działania mające na celu ochronę
pacjentów przed nieuprawnionym wykonywaniem
czynności medycznych.
W pierwszej kolejności zajęliśmy się przypadkami
techników dentystycznych, którzy
bez stosownych uprawnień przyjmowali
pacjentów. Współpracując z Państwową Inspekcją
Sanitarną, doprowadziliśmy do przekazania
sprawy do prokuratury. Po przeprowadzeniu
postępowania przygotowawczego
prokuratura skierowała wniosek do sądu
karnego, który w dniu 25 lipca 2025 r. wydał
wyrok nakazowy wobec właściciela jednej
z takich pracowni dentystycznej.
Wyrok nakazowy oznacza, że sąd – po
zapoznaniu się z materiałem dowodowym
– uznał sprawę za jednoznaczną i rozstrzygnął ją na posiedzeniu niejawnym,
bez konieczności prowadzenia rozprawy.
Oskarżony został uznany winnym i ukarany.
To nasz pierwszy sukces – mamy nadzieję, że
kolejne działania przyniosą podobne efekty.
Nie ma naszej zgody na wykonywanie
czynności medycznych przez samouków bez
odpowiedniego wykształcenia, odpowiednich
uprawnień, często w nieodpowiednich
warunkach sanitarnych szkodzących naszemu
zawodowi podając dotkankowo preparaty
znieczulające i inne materiały wypełniające
nieznanego pochodzenia. Takie praktyki niosą
duże ryzyko dla zdrowia i życia pacjentów,
a także godzą w zaufanie do zawodu lekarza.
Zdajemy sobie sprawę, że wielu pacjentów
nie ma świadomości istniejących zagrożeń
– naszym obowiązkiem jest ich o tym
informować.
Apeluję do Koleżanek i Kolegów, aby nie
firmowali swoim nazwiskiem działalności
podmiotów, które wykonują zabiegi medyczne
bez faktycznej obecności lekarza. Nadzór
lekarski oznacza rzeczywistą obecność
i gotowość do interwencji lekarza w miejscu
wykonywania takiego zabiegu przez cały
czas jego trwania i odpowiedni czas po jego
zakończeniu.
Lekarz, dzięki odpowiedniemu przygotowaniu
i doświadczeniu, potrafi rozpoznać
powikłania i właściwie zareagować. Osoby
bez wykształcenia medycznego nie dysponują
taką wiedzą ani kompetencjami.
Dlatego autoryzowanie takich działań jest
sprzeczne z ustawą o zawodach lekarza i lekarza
dentysty czy z Kodeksem Etyki Lekarskiej
i stanowi naruszenie prawa.
Zachęcam Państwa do dalszego przekazywania
informacji o przypadkach nielegalnej
działalności leczniczej do naszego Zespołu
i biura Izby. Wspólnie możemy skutecznie
dbać o bezpieczeństwo pacjentów i prestiż
naszego zawodu.
Dzień patrona lekarzy św. Łukasza od
wielu lat jest dniem spotkań lekarzy delegatury
włocławskiej. Tak też było i w tym roku.
19 października spotkaliśmy się w kościele
św. Jana we Włocławku na mszy w intencji
stanu lekarskiego.
Sobotnia wichura i deszcz nie wróżyły
dobrej pogody i z niepewnością patrzyłam
przez okno planując nasze spotkanie.
Opatrzność jednak nad nami czuwa, bo
niedziela przywitała nas pięknym słońcem,
więc spacer do nieodległej restauracji River
Side na tradycyjną filiżankę kawy i ciasteczko
był czystą przyjemnością. Wspominaliśmy
nasze koleżanki i kolegów, których już
z nami nie ma, ale przede wszystkim cieszyliśmy
się swoim towarzystwem doceniając,
że dane nam było znowu spotkać się. Jak
podkreślano, jest to jedna z niewielu okazji
by porozmawiać, powspominać na zupełnie
prywatnej stopie, z dala od zawodowych
problemów.
Kolejną okazją do spotkania będzie organizowana
w dniu 13.12.2025 o godz. 11.00
Wigilia. Planowanym miejscem jest restauracja
River Side na ul. Piwnej we Włocławku.
Na to spotkanie już dziś bardzo serdecznie
zapraszam.
18 października 2025 w siedzibie Delegatury
OIL we Włocławku odbyło się kolejne,
trzecie już w tym roku, stacjonarne szkolenie
organizowane przez Włocławskie Stowarzyszenie
Lekarzy Stomatologów (WSLS). Tym
razem tematem była „Nowoczesna endodoncja.
Chemo-mechaniczne opracowanie systemów
kanałów korzeniowych”. Prowadził je
lek. dent. Nikodem Borecki. Uczestnicy szkolenia
wysłuchali wykładu, a dzięki sprzętowi
udostępnionemu przez firmę Poldent, chętni
mogli uczestniczyć także w warsztacie praktycznym.
Przyznać trzeba, że nasza nowa delegatura
doskonale sprawdza się jako miejsce
do organizacji spotkań naukowych, dających
możliwość doskonalenia zawodowego. Stowarzyszenie,
będąc organizatorem szkoleń,
umożliwia bezpłatny udział w wydarzeniach
dostarczających aktualnej wiedzy medycznej.
W środowe popołudnie 8 października br.
w siedzibie grudziądzkiej Delegatury Kujawsko-
Pomorskiej Okręgowej Izby Lekarskiej
w Toruniu odbyło się pierwsze w historii
spotkanie lekarzy seniorów. Wydarzenie zainicjowane
zostało przez dr Jolantę Paul oraz
dr Joannę Szczotkę, natomiast zorganizowane
przez dr. Jana Kosiora.
Przewodniczący Delegatury z entuzjazmem
powitał przybyłych gości, a przemowa
którą wygłosił na początku podkreśliła wyjątkowy
charakter tej uroczystości. W swoim
przemówieniu zaznaczył, że pomysł spotkań
seniorów zrodził się z potrzeby uhonorowania
lekarzy, którzy przez dziesięciolecia
służyli pacjentom. W trakcie spotkania
uczestnicy mieli okazję obejrzeć krótką
prezentację o historii powstania Delegatury
oraz porozmawiać o planach na przyszłość:
terminach i formie kolejnych spotkań, które
mają mieć charakter cykliczny. Ponadto była
to oczywiście doskonała okazja do wymiany
wspomnień, rozmów o dawnych czasach
oraz refleksji nad przemianami, jakie zaszły
w obecnej medycynie.
Na zakończenie spotkania wszyscy jednogłośnie
wyrazili chęć kontynuowania tego
typu inicjatyw – cyklicznych spotkań, wyjść
do teatru itp., które zintegrują środowisko lekarskie
jeszcze bardziej.
Sytuacja, w której lekarz jest uprawniony
do przekroczenia zakresu pierwotnej, świadomej
zgody, udzielonej przez pacjenta,
została szczegółowo opisana w przepisach
ustawy z 5 grudnia 1996 r. o zawodach lekarza
i lekarza dentysty (w dalszej części
tekstu, odwołując się do tego aktu prawnego,
będziemy stosować skrót: „uzl”). Opisana sytuacja,
stanowiąc odstępstwo od reguły, nakładającej
na lekarza obowiązek stosowania
się do treści i zakresu, świadomie wyrażonej
przez pacjenta zgody – nazywana jest „wyjątkiem
terapeutycznym”.
Analizując treść przywołanego art. 35
uzl, widzimy, że sytuacja, do której znajduje
on zastosowanie, dotyczy przypadku, gdy zabieg operacyjny albo przyjęta metoda
lecznicza lub diagnostyczna – znajduje
się już w fazie realizacji. Powyższe można
podsumować jednym zdaniem: skorzystanie
z wyjątku terapeutycznego, jest możliwe
wówczas, gdy interwencja lekarska – będąca
następstwem ujawnionych już (a więc
znanych lekarzowi) – problemów zdrowotnych
– jest w toku.
Przyczyny modyfikacji zakresu interwencji
medycznej mogą być wynikiem różnych
okoliczności: np. wadliwej diagnostyki. Inna
sytuacja, może dotyczyć okoliczności, gdy
diagnostyka była co prawda prawidłowa, ale
w trakcie interwencji medycznej niespodziewanie
ujawniły się nowe okoliczności, na tyle
istotne dla stanu pacjenta, że nie wolno ich
lekarzowi pominąć.
W omawianym kontekście, warto przytoczyć
jedno z orzeczeń sądowych, w którym
możemy przeczytać: „(…) przed wszczęciem
postępowania leczniczego lekarz powinien
dołożyć wszelkich starań, aby uniknąć rozszerzenia
lub zmiany planowanego postępowania
leczniczego w jego trakcie. Jeżeli nie
jest pewny granic zabiegu, powinien podzielić
się wątpliwościami z chorym i ewentualnie
uzyskać jego zgodę na potencjalne czynności.
Natomiast takie postępowanie nie może
prowadzić do uzyskania od pacjenta zgody
blankietowej” (wyrok Sądu Apelacyjnego
w Warszawie z 28.04.2011 r., I ACa 751/10,
LEX nr 1643032).
Należy jednoznacznie stwierdzić, że
omawiany zapis ustawowy, wyklucza możliwość
zmiany zakresu zabiegu, terapii czy
diagnostyki jedynie celem udzielenia pacjentowi
świadczenia zdrowotnego o charakterze
profilaktycznym (zob. T. Sroka, Odpowiedzialność
karna za rozszerzenie pola operacyjnego
– uwagi na marginesie wyroku SO
w Poznaniu z 6.11.2014 r., IV Ka 452/14, PiM
2016/4, s. 89–108).
Groźba niebezpieczeństwa utraty
życia, ciężkiego uszkodzenia ciała
lub ciężkiego rozstroju zdrowia>
Odwołanie się przez lekarza do możliwości
skorzystania z wyjątku terapeutycznego
będzie możliwe, jeżeli zmiana zakresu zabiegu
lub metody leczniczej jest nieprzewidywalna.
Konieczność taka powstaje nagle,
w trakcie udzielania świadczenia zdrowotnego,
z powodu ujawnienia się objawów, co
do których istnienia lekarz nie miał świadomości
przed przystąpieniem do zabiegu lub
rozpoczęciem stosowania określonej metody
leczniczej czy diagnostycznej. Ponadto, zachodzi
w tej sytuacji zagrożenie, że w razie
nieuwzględnienia tych nowych okoliczności
podczas udzielania świadczenia, pacjentowi
grozi niebezpieczeństwo utraty życia, ciężkiego
uszkodzenia ciała lub ciężkiego rozstroju
zdrowia.
Omawiany przepis uzl, mówi ogólnie
o „niebezpieczeństwie” i nie precyzuje, czy
zagrożenie powinno być bezpośrednie, czy
może być oddalone w czasie. Należy uznać,
że niebezpieczeństwo, o którym mowa jest
realne i obiektywne. Wobec powyższego,
zasadne jest przekonanie, że w sytuacji, gdy
zwłoka w uwzględnieniu ujawnionych nagle
okoliczności w postępowaniu leczniczym lub
diagnostycznym nie będzie mieć negatywnego
przełożenia na stan pacjenta, to lekarz
powinien je przerwać (gdy jest to możliwe)
i uzyskać zgodę chorego na inny zabieg –
uwzględniający te „nowe okoliczności”.
Należy podkreślić, że zapis umieszczony
w omawianym art. 35 uzl należy rozumieć
i stosować ściśle (niedopuszczalna jest
w tym przypadku interpretacja rozszerzająca).
Wpisuje się w powyższy pogląd treść
jednego z orzeczeń Sądu Apelacyjnego
w Katowicach, którego zdaniem: „bezprawne
poszerzenie operacji cesarskiego cięcia
poprzez podwiązanie jajowodów stanowi
uszkodzenie ciała. Zdolność prokreacji jest
fizjologią każdego człowieka, a pozbawienie
tej zdolności stanowi swojego rodzaju antykoncepcję,
która może nie być przez daną
osobę akceptowana. Bez znaczenia dla bezprawności
działania jest fakt, że kolejna ciąża
stanowiłaby zagrożenie dla życia kobiety”
(wyrok SA w Katowicach z 19.02.2008 r.,
I ACa 34/08, LEX nr 785200).
Brak możliwości uzyskania zgody
pacjenta lub jego przedstawiciela
ustawowego
Kolejny warunek, który umożliwia odwołanie
się przez lekarza do wyjątku terapeutycznego
to brak możliwości uzyskania zgody
pacjenta lub jego przedstawiciela ustawowego.
Dotyczy to zarówno przypadku, gdy nie
można skontaktować się z przedstawicielem
ustawowym, ale także sytuacji, gdy przedstawiciel
ustawowy jest fizycznie obecny w miejscu
udzielania świadczenia zdrowotnego,
lecz znajduje się w stanie wyłączającym
świadome wyrażenie zgody (np. znajduje się
w stanie nietrzeźwości).
Opisany powyżej warunek, umożliwiający
przekroczenie przez lekarza zakresu pierwotnej
zgody pacjenta, nabiera istotnego
znaczenia w czasie zabiegów chirurgicznych,
kiedy pacjent znajduje się pod działaniem
narkozy, wobec czego nie jest możliwe nawiązanie
z nim kontaktu. Wskazane zasady
postępowania, stosuje się także do czynności
diagnostycznych. Warto w tym kontekście
przytoczyć jedno z orzeczeń, wydanych
przez Sąd Najwyższy, w którym Sąd ten wypowiedział
się w przedmiocie dopuszczalności
pobrania wycinka skóry dla celów badania
histopatologicznego bez zgody pacjenta
przy okazji wykonywania innego zabiegu
(wyrok SN z 22.09.1967 r., I CR 188/67, LEX
nr 6213). W treści przywołanego wyroku
czytamy m.in.: „(…) jeżeli lekarz pobrał określony
materiał biologiczny celem zdiagnozowania
choroby nierozpoznawalnej w momencie
tego pobrania, może on prowadzić
badania diagnostyczne tego materiału pod
dowolnym, uznanym przez siebie za właściwy
kątem z punktu widzenia postawienia
prawidłowej diagnozy (...). Chodzi bowiem
o ustalenie rodzaju choroby, pacjent zgadzający
się zaś na takie ustalenie w drodze
badania diagnostycznego nie może z góry
godzić się jedynie na rozpoznanie jednych
chorób, zaś nierozpoznanie innych. Jeśli
jednak rodzaj choroby został już zdiagnozowany,
lekarz pobrał zaś materiał biologiczny
celem lepszego jej rozpoznania i wyboru
właściwej terapii, nie może on prowadzić
bez zgody pacjenta takich badań diagnostycznych
tego materiału, które nie miałyby
związku ze zdiagnozowanym schorzeniem.
W szczególności nie można prowadzić takich
badań w celach innych, niż lecznicze
i leżące w interesie pacjenta (np. w celu zabezpieczenia
personelu przed ewentualnym
zainfekowaniem), a już tym bardziej «wymuszać
» zgody na takie badania pod groźbą
odmowy lub odstąpienia od leczenia. Zgoda
uzyskana w taki sposób stanowiłaby klasyczny
przykład zgody nieważnej prawnie,
dotkniętej klasyczną wadą oświadczenia
woli (przymus, groźba). Identyczną wadą
dotknięta byłaby zgoda „wyłudzona”, gdyby
lekarz pobrał materiał do badań na nosicielstwo
HIV pod pozorem przeprowadzenia
innych rutynowych badań”.
Konsultacja z innym lekarzem
Podejmując decyzję, dotyczącą zmiany
zakresu zabiegu albo metody leczenia lub
diagnostyki lekarz powinien zasięgnąć opinii
drugiego lekarza – w miarę możliwości
– tej samej specjalności. Obowiązek ten nie
jest obowiązkiem bezwzględnym, ponieważ
jeśli uzyskanie opinii nie jest możliwe (np.
w danym podmiocie leczniczym nie ma lekarza
tej samej specjalności) lub wiąże się to
z nadmiernymi trudnościami (np. lekarz takiej
specjalności przebywa poza miejscem zamieszkania
i nie można się z nim skontaktować)
albo zwłoka związana z poszukiwaniem
lekarza mogłaby spowodować szkodę dla
pacjenta – wówczas opinii, o której mowa,
może udzielić lekarz innej specjalności. Ponadto,
w opisanej sytuacji lekarz przeprowadzający
zabieg lub diagnostykę – uprawniony
jest do samodzielnego podjęcia decyzji.
Adnotacja w dokumentacji medycznej
W tym miejscu należy także wskazać
na obowiązek lekarza, odnoszący się do dokonania
odpowiedniej adnotacji w dokumentacji
medycznej oraz przekazania informacji
pacjentowi (albo innemu podmiotowi
– uprawnionemu do udzielenia zgody – np.
przedstawicielowi ustawowemu, sądowi
opiekuńczemu), że zaszła okoliczność uzasadniająca
przekroczenie przez niego zakresu
czynności leczniczych, na które pacjent
wyraził uprzednio zgodę. Ustawa o zawodach
lekarza i lekarza dentysty nie wprowadza
ram czasowych, w których należy spełnić
ten obowiązek. Należy przyjąć, że powinno to
nastąpić niezwłocznie po zakończeniu udzielania
świadczenia zdrowotnego.
Podsumowując – wyjątek terapeutyczny
można nazwać „medycznym stanem wyższej
konieczności”. Pozwala on lekarzowi na elastyczność,
która umożliwia szybką reakcję
na nowe, nieprzewidziane okoliczności, poważnie
wpływające na stan zdrowia pacjenta,
w przypadku, gdy ich nieuwzględnienie groziłoby
pacjentowi poważnymi, często nieodwracalnymi
konsekwencjami.
Należy jednak pamiętać, że mamy tutaj
do czynienia z wyjątkiem od zasady poszanowania
autonomii pacjenta do wyrażenia
zgody na zastosowanie wobec niego określonych
czynności medycznych. W związku
z powyższym, konieczne jest dochowanie
przez lekarza wszystkich opisanych w ustawie
o zawodach lekarza i lekarza dentysty
– warunków dopuszczalności skorzystania
z wyjątku terapeutycznego. Warto w tym
miejscu przywołać znaną nam, z pewnością,
zasadę: przeprowadzenie czynności medycznej
(tj. zarówno zabiegu operacyjnego
oraz innej czynności terapeutycznej i diagnostycznej)
bez świadomej zgody pacjenta
(zdolnego do wyrażenia zgody) lub innej osoby
uprawnionej do jej wyrażenia – stanowi
zachowanie niezgodne z prawem.
Zanim jednak po listopadowej nocy w Sali
Bogusławskiego przyjdzie czas na kolejną
gościnną recenzję, wrócę do lat minionych,
gdy teatr publiczny wznosił się na chwilę ku
wyżynom i upadał przez długie lata. Innowacyjne
wprowadzenie monopolu, który ustawowo
objął wszystkie widowiska przetrwało
do 1791 r. Na placu Krasińskich wybudowano
nowy gmach, po raz pierwszy nazwany
Teatrem Narodowym, z wyposażeniem kulisowym,
kanałem orkiestry i malowaną kurtyną.
Parter był stojący, a za miejsce na ławie
trzeba było dodatkowo zapłacić. Nad lożami
górowała galeria wypełniona publiką głodną
zmieniających się afiszy. Na każdym przedstawieniu
doraźnie osądzano sztukę i wykonanie.
Sukces oklaskiwano, wzywając do powtórzeń,
rzucając kwiaty i pieniądze oraz
żądano widzieć autora. Niezadowolenie wyrażano
sykiem, gwizdem i stukaniem laskami
o podłogę. W 1794 r. Wojciech Bogusławski
wystawia tam Cud mniemany, czyli Krakowiacy
i Górale i w praktyce od tej daty zaczyna
się historia sceny. Patrzymy na nią zawsze
w sposób szczególny, przywołując najczęściej
powojenne Dziady Dejmka, Balladynę Hanuszkiewicza, Wesele Grzegorzewskiego
i pożegnalnego Hamleta Englerta.
Jan Klata przywitał się ze stołeczną publicznością
Weselem Stanisława Wyspiańskiego
wystawionym w krakowskim Narodowym
Starym Teatrze w grudniu 2017 r. Długa
owacja na stojąco i wiwaty, gdy zażądano
widzieć reżysera i nowego dyrektora, potwierdziły
aktualność frazy umarł król, niech
żyje król, chociaż z ciągłością władzy w przestrzeni
publicznej jest coraz gorzej. Brawa
nie były na wyrost. Jednocześnie setne
przedstawienie wykorzystał Edward Linde-
-Lubaszenko, po raz ostatni kreując Stańczyka
i symbolicznie odchodząc na sceniczną
emeryturę.
Ale nie ma przecież polskiego Wesela
bez kaca, reminiscencji, złotego rogu i sznura
na końcu, który zaciska się wokół debaty
o przyszłość z hasztagiem niewykorzystanych
szans. I nie powinniśmy raczej przejść
obojętnie obok Jaśka, w którym cała nasza
nadzieja na wyzwolenie kończy się poszukiwaniem
czapki z piór i sennym powidokiem
rewolucyjnych zmian na lepsze. Poprawiny
to jednak odgrzewanie wczorajszych potraw
i leczenie klinami. I gości, jakby mniej,
a przyśpiewki jeszcze bardziej dosadne, niż
podczas oczepin. Szarzeje biała suknia Panny
Młodej, której wianek pochwyciła ambitna
druhna.
W spektaklu Jana Klaty najbardziej niezwykła
jest weselna muzyka black metal. Nie
chcąc powtarzać zachwytów sprzed ośmiu
lat nad odpowiedzialnym za kompozycje
zespołem Furia, zacytuję gitarzystę Michała
NIHIL Kuźniaka: …my dziś jesteśmy Chochołami.
Gramy samych siebie. Wiek temu
byliśmy młodopolanami i właściwie dalej jesteśmy,
z tym że nasza młodopolskość się
powykręcała.
W 1901 r. Rudolf Starzewski napisał w recenzji
popremierowej: trwa to „wesele” przeszło
wiek – od konstytucji 3 maja, poprzez
racławickie kosy i krwawe noże rezunów,
poprzez pańszczyznę i „Złotą hramotę”, poprzez
wiece i bankiety, […] poprzez nieufność
i obojętność, poświęcenie bez granic i bezpłodne
porywy. Grajkami byli na nim wszyscy
wieszcze narodowi, starostami wszyscy mężowie
stanu i wszystkie stronnictwa polityczne
– uczestnikiem każdy, komu polskie serce
bije w piersi lękiem i nadzieją, każdy, kto wie
i czuje, że na „weselu” rozgrywa się ojczyste
„być albo nie być”.
Wyszedłem z Teatru Narodowego z osobistym
pytaniem, czy czekam jeszcze na hasło
złotego rogu? Czekam, ale najbardziej
boję się ukrytych wokół furii, kojarzonych
z greckimi eryniami zemsty. Czekam, chociaż
mam świadomość, że nic nie było i będzie
czarno-białe, a romantyczne ideały zastąpiła
ponad sto lat temu rewizja Wyspiańskiego,
nie pozostawiając żadnych złudzeń. Czekam,
mimo że, każdy z weselnych gości jest
inny i zapatrzony w swoje biznesowe plany,
rodzinne bolączki i frustrujące przemijanie.
Jeśli Wesele jest o przebudzeniu, to zatańczmy
razem, by ta nasza młodopolskość
się już dalej nie powykręcała.
Jak co 4 lata, tak i w tym roku odbywają
się wybory do władz naszej Izby. Pierwszy
etap , czyli wybory delegatów na Zjazd Okręgowy
mamy za sobą. Tym razem procedura
wyborcza była nowa, a więc i niosła za sobą
wiele niewiadomych. Głosować można było
jak wcześniej korespondencyjnie, czyli przez
odesłanie do Izby swojego głosu w tzw. pakiecie
wyborczym. Druga opcja , jak zwykle,
obecność w lokalu wyborczym i osobiste
głosowanie. Nowością było głosowanie elektroniczne.
Każdy lekarz otrzymał na telefon
i e-mail instrukcję postępowania. W ostatecznym
rozrachunku dla wielu głosujących
okazał się ten sposób najłatwiejszy.
Niestety mimo wielkich oczekiwań ze strony
władz Izby Naczelnej na skokowe zwiększenie
frekwencji wyborczej, poprzez wprowadzenie
głosowania elektronicznego, cel
nie został osiągnięty. Jak w latach poprzednich,
sumaryczna frekwencja obu metod
głosowanie niewiele przekroczyła wymagane
20%. Ilość głosów oddana w obu metodach
głosowania była porównywalna. Czy to znaczy,
że cały system wdrażający nową metodę
głosowana, bardzo skomplikowane programy,
zabezpieczenia, kody dostępu i hasła
był inwestycją chybioną? Myślę że nie, ale
głośni i gorliwi zwolennicy tej metody euforii
odczuwać nie mogą. W naszej Izbie wszystkie
wybory odbyły się w pierwszej turze, przy
możliwości głosowania w trzech metodach.
Zastanowić się jednak trzeba jaka byłaby frekwencja
w drugiej turze, gdyby do takiej doszło,
w której dopuszczalne było głosowanie
tylko elektroniczne. Sztandarowe hasło „Samorządu
Przyszłości” ze stojącym na czele
Prezesem Jankowskim, aby wybory były tylko
internetowe, chyba nie obroniłoby się.
Wniosek z zaistniałej sytuacji musi być
jeden – dostępność wszystkich metod głosowania
na każdym szczeblu wyborów
do czasu, gdy jedna z nich po prostu straci
popularność i zostanie wyeliminowana przez
samych wyborców. Już dziś wydaje się, że
głosowanie osobiste w lokalu wyborczym jest
marginalne. We Włocławku była jedna osoba
głosująca osobiście. Może czas zastanowić
się nad zasadnością tej metody.
Głosowanie zakończyło się posiedzeniem
Komisji skrutacyjnych w Toruniu, Włocławku
i Grudziądzu. We Włocławku w skład komisji
weszli przewodniczący lek.dent Marcin Zaleski
i członkowie: lek. dent Marta Kwiatkowska,
lek. Grzegorz Marchlewski i lek. dent.
Tomasz Śledziewski.
Jako organizator i przedstawiciel Okręgowej
Komisji Wyborczej wszystkim za udział,
sprawną pracę i cudowną atmosferę bardzo
dziękuję. Podziękowania też dla Pani Anny
Ziółkowskiej, pracownicy biura naszej Delegatury
za profesjonalne przygotowanie i obsługę
wyborów.
Pisanie od czasu szkoły podstawowej
do dzisiejszej chwili stanowi dla mnie
ogromne wyzwanie. Dlatego też do pisania
wiadomości o moim medycznym życiu
dość długo się zbierałam. Jeśli mam
o czymś pisać, to wolę o tym opowiadać.
Uwielbiam opowiadać i dzielić się swoją
wiedzą. W czasie studiów moje koleżanki
wielokrotnie prosiły mnie o opowiedzenie
o medycznych problemach. Mam pamięć
wzrokową, to co zobaczę i przemyślę „jest
moje”.
Byłoby wielkim wstydem, gdybym sama
jako inicjator opisywania wspomnień tego
nie zrobiła. Zatem próbuję.
Wychowywałam się w małych miejscowościach,
w których były cukrownie.
Tata był inżynierem w tych cukrowniach.
Mama o duszy artystycznej zajmowała się
domem. Nie było w mojej rodzinie tradycji
medycznych. Z lekarzem spotykałam się
tylko w czasie choroby lub szczepienia.
Nie wiem jak się cudownie wydarzyło, że
ten zawód był moim marzeniem od kiedy
pamiętam.
Szczęśliwie udało mi się studiować
na wydziale lekarskim Akademii Medycznej
w Łodzi. W czasie studiów moje serce
skłaniało się do pediatrii. Na moim roku
prowadziłam koło pediatryczne.
Drugą moją miłością medyczną była
neurologia – precyzja, gdzie jedno wynika
z drugiego – struktura i funkcja prawie
wszystko uporządkowane. Panowało
wtedy przekonanie, że rozpoznanie choroby
jest możliwe, ale leczenie to totalny
nihilizm. Metody diagnostyczne dostępne
na tamten czas w moim szpitalu: angiografia,
badania płynu mózgowo-rdzeniowego,
mielografia. Najbardziej stresującym badaniem
była odma czaszkowa. Badanie to
miało na celu określenie szerokości komór
mózgowych, ich symetrii, oraz szerokości
rowków korowych. Wykonywana w pracowni
RTG (tam gdzie robiono zdjęcie
płuc pacjentom z ulicy). Pacjent siedział,
typowe nakłucie lędźwiowe, pobranie płynu
mózgowo rdzeniowego w ilości około
50-100 ml i podanie w tej samej objętości
powietrza. Nie było możliwości sterylizacji
powietrza, nabierało się je do strzykawki
przez stosik wyjałowionych gazików. Kolejne
sekwencje zdjęć wiązały się ze zmianami
położenia głowy. Przemieszczające się powietrze wywoływało niesamowity ból
głowy. Czasem w czasie badania występowały
drgawki. Śmiałyśmy się z koleżankami,
że trzeba być ciągle w ciąży, bo wtedy
był zakaz wykonywania badań w pracowni
RTG. Kiedy to wszystko wspominam, dochodzę
do wniosku, że Opatrzność czuwała
nad pacjentami i nad nami. Szczęśliwie
nie było ciężkich powikłań w postaci zakażeń.
Igły do punkcji lędźwiowej były wielorazowego
użytku. W nocy Panie pielęgniarki
składały mandryn i igłę. Wielokrotnie trzeba
było przypiłować końce, bo tworzyły się
zadziory, które dodatkowo mogły skaleczyć
pacjenta. Oczywiście autoklaw w gabinecie zabiegowym: sterylizacja rękawiczek,
cewników do pęcherza moczowego, igieł,
strzykawek.
W 1976 roku pojechałam do Warszawy
na kurs z podstaw neurologii. Jednym z tematów
była radiologia. Pan prof. Kozłowski
przywiózł z jakiegoś pobytu zagranicznego
kliszę (jak zwykle zdjęcie RTG) z malutkimi
obrazkami głowy, badaniami mózgu
w technice tomografii komputerowej. Nasz
niemy zachwyt trwał dłuższą chwilę. Myślę,
że każdy z nas marzył o takim aparacie
u siebie. Stopniowo pojedyncze tomografy
pojawiały się w dużych ośrodkach klinicznych.
Wtedy skierowania były analizowane
przez komisje i dopiero wyznaczano termin
badań. Pacjent z Torunia np. leciał helikopterem
do Szczecina. Potrzeba rozwiązania
tego problemu wiąże się z moim Mentorem
dr Jerzym Matyjkiem.
Założyliśmy fundację wspierającą zakup
tomografu komputerowego. Przez 10
lat byłam sekretarzem tej fundacji. Jesienią
1993 roku tomograf holenderski firmy Philips
już w naszym szpitalu pracował.
Następnym badaniem neuroobrazowym
było pojawianie się techniki badania rezonansem
magnetycznym. Nawet badanie
najprostszym aparatem 0,5 Tesli dawało
obraz niemalże atlasu anatomicznego.
Obecne możliwości tych aparatów są
wręcz oszałamiające: angiografia, spektroskopia,
obrazowanie perfuzyjne, obrazowanie
tensora dyfuzji, traktografia (przydatna
szczególnie neurochirurgom), badanie
czynnościowe pokazujące, jakie struktury
mózgu aktywizują się pod wpływem zadań
kierowanych do pacjenta.
W kręgu moich zainteresowań były choroby
naczyniowe mózgu (z tego zakresu
była moja praca doktorska). Zarówno udar
mózgu niedokrwienny czy krwotoczny rokowały
źle. Duża śmiertelność i w najlepszym
razie znacznego stopnia inwalidztwo
były codziennością. Aktualna diagnostyka
neuroobrazowa stwarza warunki do leczenia
trombolitycznego, trobektomii czy
endowaskularnych zabiegów wyłączenia
z krążenia tętniaków czy innych malformacji
naczyniowych. Tego typu terapie dają
wspaniałe efekty, na początku stosowania
tych metod byliśmy zdumieni i jednocześnie
szczęśliwi, że możemy je stosować.
Obecne postępy diagnostyki i rozwój badań
szczególnie w immunologii sprawił,
że leczenie chorób neurologicznych szczególnie
tych przewlekłych jest możliwe.
Leczenie immunoglobulinami i przeciwciałami
monoklonalnymi zmieniło radykalnie
los chorych ze stwardnieniem rozsianym,
oporną na leczenie miastenią i wieloma
innymi chorobami o podłożu autoimmunologicznym.
Pogarszająca znacznie jakość
życia migrena przewlekła także może być
leczona przeciwciałami monoklonalnymi.
Początkowy nihilizm terapeutyczny zmienił
się na nowoczesne, przynoszące wspaniałe
efekty leczenie.
Pierwszym moim nauczycielem neurologii
był Profesor Antoni Prusiński, fenomenalny
dydaktyk, erudyta. Na wykłady
zapraszał pacjentów badanych nie tylko
w klinice. Na wykłady Pana Profesora przychodzili
lekarze specjalizujący się w neuro
logii z całej Łodzi i okolicznych oddziałów.
Uczył cały czas, kiedy zobaczył studenta
na korytarzu i jednocześnie szedł pacjent
z jakimiś zaburzeniami ruchowymi, od razu
tłumaczył. Drugim moim Mentorem był
Doktor Jerzy Matyjek, bardzo wymagający
szef. Nauczył nas neurologii od podstaw
w teorii i praktyce. Wielki szacunek dla
pacjentów, był dla nas młodych lekarzy
wspaniałym drogowskazem. Pracowałam
z Panem Doktorem 17 lat (najdłużej ze
wszystkich asystentów). Pamiętam wielu
pacjentów, którzy uczyli mnie pokory.
Z pozoru łatwa sprawa nieraz tragicznie
się komplikowała. Wielokrotnie mówiłam
do moich młodszych kolegów, że „musimy
zrobić z ogromną uwagą wszystko, co jest
w naszej mocy, mimo że finał może niestety,
nie należeć do nas”.
Moją odskocznią od pracy i od nauki
była w miarę możliwości czasowych rodzinna
jazda na rowerze, a kiedy już mieliśmy
samochód spontaniczne wypady nad
morze.
Jeden z moich kolegów, kiedy czasem
trzeba się było przebrać w gabinecie mówił
„kolega z pracy to jak brat”. Lubił jak
idąc do domu zakładałyśmy szpilki. Patrzył
wtedy z wielką atencją na nas i czasem aż
cmokał.
Niestety moi synowie nie byli zainteresowani
moją pasją. Kiedy byli w szkole
podstawowej czasami na pytanie znajomych
„Czy pójdziesz w ślady mamy?” odpowiadali
„nie”. Na dalsze pytanie „dlaczego?”
odpowiadali „bo trzeba się za dużo
uczyć”. Mój mąż pracował jako informatyk.
Każdy dzień mojej pracy mimo wieku
(48 lat pracy w szpitalach) i obecnej pracy
ambulatoryjnej (już w innym tempie), stanowi
źródło radości i ładuje mój akumulator.