Meritum
Komentarz prezesa


    Kolejny lekarski rok dobiega końca. Sukcesy i porażki. Nowe wyzwania i projekty. Magiczny krąg zdarzeń nieuchronnych. Pracujemy, analizujemy, wykonujemy zadania, szkolimy, integrujemy. De facto borykamy się z podobnymi problemami. Pozornie nowe tematy okazują się odzwierciedleniem nierozwiązanych zaszłości lub odgrzewanym na polityczne lub społeczne potrzeby kotletem. Niezależnie od politycznej opcji sprawującej aktualnie władzę w gorących momentach winą za niezreformowany od lat i wadliwie skonstruowany system opieki zdrowotnej obarcza się zawsze lekarzy. To lotne, sprawdzone slogany, które działają od lat. Jest kłopot – „grzejmy” zarobki lekarzy. Historia w tej materii powtarza się nieprzerwanie w czarodziejskim i zamkniętym kręgu. A my rutynowo odpieramy te ataki kolejnymi stanowiskami i apelami. Taka polityka. Dopóki ta narracja działa i jest skuteczna będzie stosowana przez polityczne elity niezależnie od barw i wierzeń.
     Niedawno wróciłem z naszą delegacją z Konferencji w Gnieźnie poświęconej obecnej sytuacji naszego lekarskiego środowiska oraz kondycji naszego samorządu zawodowego. Koleżanki i koledzy z Wielkopolski i innych izb lekarskich udowodnili, że da się budować nowoczesny samorząd z tradycjami i wartościami, otwarty na oczekiwania i potrzeby. Samorząd, który słucha i prowadzi przez meandry administracyjno-prawno-społecznej rzeczywistości. Samorząd, który tylko poprzez jedność może być silny i skuteczny. Paradoksalnie to młode pokolenie lekarek i lekarzy dostrzega bardziej, niż kiedykolwiek potrzeby zmian i przywrócenia autorytetu, prestiżu i wizerunku całego naszego środowiska. Fortuna kołem się toczy.
    Gorąco Państwa zachęcam do szczegółowego zapoznania się i skorzystania z rożnego rodzaju dofinansowań (fundusze stypendialne i szkoleniowe, które izba przygotowała). Pula środków na te cele jest systematycznie zwiększana. Info – w naszych mediach.
     1 1 1
1
1 1
     W 2007 r. po fali protestów zorganizowanych przez OZZL dotyczących podwyżki płac oraz zwiększenia finansowania i reformy opieki zdrowotnej w Polsce, ówczesny Minister Spraw Wewnętrznych Ludwik Dorn, w swojej bezsilności, groził lekarzom „wzięciem w kamasze”. Prawdopodobnie pomyliły mu się systemy polityczne, w których funkcjonował. Wywołało to oburzenie w środowisku lekarskim i myślę, że istotnie przyczyniło się do porażki politycznej ówczesnej ekipy rządzącej. Lekarze wtedy zarabiali mniej więcej na poziomie średniej krajowej lub poniżej. I to było w porządku wg rządzących. Rozpoczęło się zmuszanie lekarzy do przechodzenia na kontrakty (umowy cywilno-prawne), na których teraz pracuje większość lekarzy. Przyniosło to wtedy spore oszczędności jednostkom leczniczym. Wtedy lekarska dziura demograficzna wraz z zarobkową emigracją jeszcze nie stanowiła takiego problemu jak teraz, choć pierwsze jaskółki tego problemu już były. Samorząd lekarski alarmował i domagał się działań. Niestety, jak zwykle, nie zrobiono z tym nic.
     Obecnie ze względu na ogromny deficyt w budżecie NFZ aktualny rząd rozpętał kampanię medialną dotyczącą rzekomo niebotycznych zarobków lekarzy na kontraktach i wskazał na nie jako na przyczynę finansowego krachu NFZ. Mimo oczywistych statystyk demaskujących nieprawdę, gdyż zarobki powyżej 100 tys. zł miesięcznie dotyczą zaledwie 0,2% lekarzy w dodatku bez podawania wymiaru pracy, Ministerstwo Zdrowia bez konsultacji ze środowiskiem lekarskim forsuje ustanowienie górnego pułapu wynagrodzeń dla lekarzy pracujących w ramach NFZ oraz wprowadzenie wymogu pracy w wymiarze co najmniej połowy etatu. Pomimo ostrzeżeń, że takie warunki pomijając ich niezgodność z prawem, spowodują wydłużenie kolejek na świadczenia medyczne oraz pociągną za sobą likwidację szpitali powiatowych z powodu niedoboru kadry lekarskiej MZ pozostaje głuche na argumenty
     Sądzę, że robienie z lekarzy tzw. „Czarnego Luda”, przy okazji kalania dobrego imienia lekarzy, w rezultacie obróci się nie tylko przeciw obecnej koalicji rządzącej, ale przede wszystkim przeciw pacjentom.
     Najgorsze jest to, że obecne działania medialne przeciwko lekarzom wzmacniają wszelkiej maści organizacje antyszczepionkowe oraz zajmujące się tzw. medycyną alternatywną, cokolwiek to znaczy, a mówiąc wprost szarlatanerią. Jeszcze nie dawno wydawało się, że dialog środowiska lekarskiego z MZ szedł w dobrym kierunku a tragedia, która wydarzyła się w Krakowie, kiedy został zamordowany lekarz w miejscu pracy, może przysłużyć się poprawie bezpieczeństwa lekarzy. Teraz przy takiej nagonce możemy o tym zapomnieć i spodziewać się nowej fali hejtu, co już się dzieje.
     W dodatku, w ostatnim czasie odżył projekt likwidacji lekarskiego stażu podyplomowego. Przypadek? Nie sądzę. Jego likwidacja to następne oszczędności dla budżetu państwa, bo pensje stażystów są z niego finansowane. Dziwi mnie tylko, że wypłynął on od rektorów Konferencji Rektorów Akademickich Uczelni Medycznych. Temat ten był przerabiany w latach 2014-2016 kiedy staż miał być zniesiony, ale został przywrócony po licznych protestach środowiska oraz analizie, że jego implementowanie na VI roku studiów jest nierealne organizacyjnie. Minęło prawie 10 lat, ale nie jestem przekonany, aby pod tym względem coś się mogło zmienić. Skoro już to przerabialiśmy z marnym skutkiem, to po co do tego wracać?
     Czy naprawdę zamiast iść do przodu musimy się cofać? Zamiast poprawiać, psuć jeszcze bardziej? Kiedy politycy od prawa do lewa zrozumieją, że poprawa działania niedofinansowanego systemu ochrony zdrowia jest w interesie wszystkich obywateli, których reprezentują a znajdowanie chłopców do bicia w postaci lekarzy na pewno się nie opłaci? Czas, aby Polak był mądry przed szkodą!
    
    Cofnijmy się do początków – co skłoniło Pana do wyboru kierunku lekarskiego, a ściślej specjalizacji z chirurgii?
     Pochodzę z lekarskiej rodziny. Moi rodzice skończyli medycynę w 1950 r. w Poznaniu z nakazem pracy w Wałczu. Ich kolejnym przystankiem była Piła, w której się urodziłem. Mój ojciec jako początkujący ginekolog przeszedł do Torunia, do szpitala na Przedzamczu. W 1953 r. przyjechaliśmy tutaj z mamą i już zostaliśmy. Moje życie rodzinne polegało na tym, że rodzice naprzemiennie dyżurowali. Bardzo lubiliśmy, gdy mój ojciec był na dyżurze, wówczas dłużej mogliśmy bawić się na podwórku. Nie bardzo słuchaliśmy, gdy mama wołała nas do domu, a jak był ojciec to o godz. 19 byliśmy zawsze w łóżkach.
    Medycyna była dla Pana naturalnym wyborem?
    Żyliśmy w tej atmosferze. Nie widzieliśmy z bratem (Piotrem Jackowskim, toruńskim ginekologiem) innej drogi. Studiowaliśmy na Akademii Medycznej w Gdańsku. Zacząłem w 1969 r., zaraz po maturze w toruńskim IV LO, moim ukochanym liceum, szkole mojej     Ginekologiem Pan jednak nie został
    Problem polegał na tym, że bardzo źle czułem się na sali porodowej z powodu zapachu wód płodowych. Bardzo mnie mdliło. Wiedziałem, że w tę stronę nie pójdę. Mnie zawsze interesowały zabiegi. W tym czasie na chirurgii działał drugi, bardzo młody zespół pod przewodnictwem Waldemara Jędrzejczyka, wówczas jeszcze doktora. Profesor miał chyba dwunastu asystentów, około 4-5 lat starszych ode mnie. Bardzo przylgnąłem do tego zespołu i tak zaczęła się moja kariera chirurgiczna i w tej specjalizacji pozostałem. To, co udało się osiągnąć w tamtym czasie i późniejszych latach było bardzo ważne. Gdy przyszedłem na staż nasz szpital liczył tylko trzy lata. Został otwarty w 1972 r.
    „Wtedy to był sympatyczny, komunistyczny domek, w którym rozpadały się łóżka, latem było gorąco, a zimą zimno. Sprzęt nie był takiej klasy, jaki mamy od 30 lat.” – wspominał Pan początki szpitala trzy lata temu w rozmowie z lokalnymi „Nowościami”, a jednak tu Pan został.
    Zespół był młody, pełen energii, a my operowaliśmy nawet po dwanaście godzin. Ambicje naszego szefa były nieograniczone, zajmowaliśmy się chirurgią żołądka, jelita grubego, potem chirurgią naczyniową. Dzięki temu zacząłem robić kolejne stopnie specjalizacji. W 1978 r. zrobiłem pierwszy stopień specjalizacji z chirurgii ogólnej, a po czterech latach drugi stopień, który to zdawałem w stanie wojennym. Miałem wtedy 30 lat. Od tego czasu cały czas pracuję w tym samym miejscu. Przeszedłem kolejne stopnie kariery. Najważniejsze było to, że zawsze mięliśmy bardzo dobry zespół, operowaliśmy bardzo dużo, pozwalano nam rozwijać się naukowo. Także przy końcu swojej kariery doszedłem do tego, że w Klinice (chodzi o prowadzoną przez profesora w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym Katedrę i Klinikę Chirurgii Ogólnej, Gastroenterologicznej i Onkologicznej Collegium Medicum UMK – przyp. red.) na stałe pracuje czterech profesorów chirurgii, dodatkowo współpracuje z nami profesor, który dojeżdża z Warszawy. Mamy bardzo dobry, młody zespół rezydentów, rozwijający się w różnych kierunkach. Mogę powiedzieć tylko tyle, że brakuje mi kilku elementów w tej układance, żeby móc powiedzieć, że Klinika pozostała całkowicie zbudowana. Mamy bardzo dobrą chirurgię endoskopową na poziomie światowym, z profesorem Mateuszem Jagielskim na czele, rezydentami i młodszymi asystentami. Mamy chirurgię jelita grubego z profesorem Jackiem Piątkowskim na czele, mamy chirurgię bariatryczną z profesorem Krzysztofem Paśnikiem, doktorem Wojciechem Kupczykiem oraz profesorem Jackiem Szeligą. Rozwijamy się w różnych kierunkach, co powoduje, że z jednej strony mamy pełną gamę możliwości zabezpieczenia pacjenta, z drugiej prężnie rozwijamy się również naukowo. Moja Klinika w ciągu r. obsługuje 5,5 tys. pacjentów, w tym wykonujemy ponad 3 tys. operacji i 2,6 tys. endoskopii zabiegowych. Jest to ogrom pracy i jednym z moich obowiązków jest podpisywanie wypisów. Policzyłem, że rocznie muszę złożyć ponad 30 tys. parafek na samych tylko wypisach.
    Imponujące. Powiedział Pan, że brakuje Panu kilku elementów, żeby uznać budowę Kliniki za zakończoną, czego konkretnie?
    W zamiarze mam utworzenie tzw. Breast Cancer Unit, wyspecjalizowanej jednostki leczącej kompleksowo raka piersi we wszystkich stadiach choroby. Jesteśmy w fazie wstępnej. Młodzi ludzie uczą się u nas np. biopsji mammotomicznych. Wspiera nas profesor Henryk Witmanowski z Poznania, chirurg plastyczny i rekonstrukcyjny, który pomaga nam w operacjach oszczędzających i operacjach z implantami. Mam bardzo dobry zespół chirurgów onkologicznych, w tę stronę również chcemy pójść. Wiemy, że jest ogromne zapotrzebowanie. Ponad 20 tys. kobiet w Polsce rocznie zapada na tę chorobę, w związku z tym chcemy pomóc ośrodkowi w Bydgoszczy, współpracując ściśle z tamtejszym Centrum Onkologii.

    Skoro już rozmawiamy o chirurgii, trochę po cichu zniknęła działająca od lat w państwa szpitalu chirurgia naczyniowa. Nie ma oddziału ani zespołu. Co właściwie wydarzyło się i czy widzi Pan możliwości odbudowy?
    Chirurgia naczyniowa przez szereg lat była w naszych szeregach. Mieliśmy dwóch znakomitych chirurgów. Jeden niestety zachorował i po kilku latach zmarł, bardzo żałujemy (dr Paweł Drojecki, przyp. red.). Lekarz, który pozostał nie był w stanie jednoosobowo prowadzić Oddziału Chirurgii Naczyniowej. My w tej chwili nie mamy możliwości naboru lekarzy – oczywiście jesteśmy przygotowani, gdyby się pojawił jakiś zespół.
    W Toruniu obecnie nie ma już nawet Poradni Przyszpitalnej, w której jeszcze parę lat temu przyjmował dr Marian Janowski?
    Rzeczywiście tak jest, dr Marian Janowski, mój wieloletni zastępca, szalenie pracowity i mądry. Jestem mu bardzo wdzięczny. Na ten moment niewiele możemy w tej sytuacji zrobić. Do funkcjonowania oddziału potrzebnych jest minimum czterech specjalistów, a najlepiej pięciu. Dotychczasowe próby reaktywacji nie udały się.
     Profesorze zajrzyjmy jeszcze w przeszłość. Wyobrażam sobie, że jest taki moment w życiu i karierze chirurga, gdy stoi on przy stole operacyjnym i rzeczywiście czuje, że ta praca ma głęboki sens. Był taki moment, w którym po raz pierwszy poczuł Pan, że ten wybór drogi jest właściwy, był taki pacjent, taka operacja z którą pozostał Pan na wiele lat?
     Wykonujemy bardzo dużo zabiegów w związku z tym te, które idą dobrze, kończą się sukcesem i nie sprawiają kłopotów są natychmiast zapominane. Liczby, które wymieniłem nie są wzięte z kapelusza. W związku z tym pamiętamy tylko jak nam coś się nie udaje, z czymś mamy kłopoty. Nie pamiętam jednego konkretnego. Pamiętam wiele sytuacji, które zdarzyły się i pamiętam też momenty, w których rozważaliśmy jak inaczej mogliśmy sobie poradzić. Wprost nie opowiem o jednym konkretnym przypadku.
     Zaczynał Pan jako chirurg klasyczny, a dzisiaj szpital, w którym jest Pan Naczelnym Lekarzem posiada i operuje za pomocą robota Da Vinci, jak patrzy Pan na tę historyczną zmianę?

     Jako chirurg klasyczny przeżyłem 17 lat w tej profesji, do 1992 r.. Po kursach w Niemczech zaczęliśmy wykonywać na Bielanach w Toruniu pierwsze operacje laparoskopowe, od tego czasu rozwinęliśmy bardzo chirurgię małoinwazyjną. Laparoskopowo operujemy obecnie ponad 80 procent przypadków, co jest dużo lepsze dla pacjenta z powodu mniejszego bólu i krótszego czasu rekonwalescencji. Do tego dwa lat temu dołączył do nas wspomniany robot Da Vinci, którym to operujemy np. nowotwory jelita grubego. 33 lata temu chirurgii laparoskopowej musiałem uczyć się od początku, był to skok jakościowy. Początki były trudne, operowaliśmy wtedy proste przypadki nawet godzinę – dwie. Doszliśmy do ogromnej wprawy. Obecnie metodą klasyczną operujemy głównie pacjentów z rakiem trzustki i są to wielogodzinne zabiegi. Młodzi ludzie szkoleni są obecnie tak, że doskonale posługują się chirurgią małoinwazyjną, ale mają mniejsze doświadczenie w chirurgii klasycznej. W związku z tym apeluję do moich starszych kolegów, pamiętających czasy chirurgii klasycznej, aby szkolić młodych w tym zakresie. Nie w każdym przypadku możemy posługiwać się chirurgią małoinwazyjną. Po urazach lub powikłaniach musimy używać chirurgii klasycznej.
     Z perspektywy Pana doświadczenia, jak na przestrzeni ostatniego półwiecza rozwijała się chirurgia i stosowane w niej techniki operacyjne? Czy jest zmiana, którą uważa Pan za najważniejszą lub szczególnie cenną?

    Niewątpliwie jest to zmiana metod operacyjnych w chirurgii, ale też zmiana całego anturażu postępowania z pacjentem przed Niewątpliwie jest to zmiana metod operacyjnych w chirurgii, ale też zmiana całego anturażu postępowania z pacjentem przed, w trakcie i po operacji. Mamy obecnie prehabilitacje, rehabilitacje, lepiej przygotowanych pacjentów do operacji, pacjentów z nowotworami wykrytymi na wcześniejszych etapach. Niezwykle ważny jest również z jednej strony gwałtowny rozwój diagnostyki, a z drugiej strony rozwój metod małoinwazyjnych. Różnica pomiędzy chirurgią klasyczną, a małoinwazyjną jest kolosalna. Skok technologiczny jest zdumiewający także w części związanej z wykorzystaniem w chirurgii sztucznej inteligencji. W kolonoskopii sztuczna inteligencja wykrywa o 22% więcej wczesnych zmian, niż oko ludzkie. Skupia uwagę lekarza specjalisty wykonującego endoskopię, niejako podpowiadając w jakim miejscu zmiany nie odpowiadają normie. Jak zawsze w centrum zmian musi pozostać pacjent, to znaczy zawsze trzeba dopasowywać postęp do potrzeb pacjenta.
    Odłóżmy na chwilę wątek szpitalny i zajrzyjmy jeszcze do tego, co było Pana doświadczeniem zagranicznych staży. Był Pan w wielu ośrodkach m.in. w Getyndze, Strasburgu, Londynie, w USA. W jaki sposób te doświadczenia wpłynęły na Pana sposób myślenia o chirurgii?
    Powiem tak, bez tych staży i wyjazdów nie byłoby mojego pełnego rozwoju, to jest bardzo ważne. We wczesnych latach 80. za pieniądze mojego ojca jeździłem do Wielkiej Brytanii, obserwując klasyczną, bardzo nowoczesną chirurgię brytyjską. Potem jeździłem do Stanów Zjednoczonych, a także do Francji. Wyjazdy do Niemiec zaowocowały doskonałymi relacjami z tamtejszymi chirurgami, kontakty trwają do dziś. Doświadczenie wyjazdów to możliwość obcowania z inną organizację szpitala, sposobami podejścia do operacji – od profesora Jörga Siewerta, zmarłego w zeszłym roku prezesa Towarzystwa Chirurgów Niemieckich w Monachium, zaczerpnąłem w latach 90. sposób organizacji pracy Kliniki. W IRCAD w Strasburgu, w wiodącym w Europie ośrodku szkolącym w chirurgii małoinwazyjnej w latach 90. uczyłem się chirurgii laparoskopowej. Wyjazdy zarówno zagraniczne, jak i do polskich ośrodków są dla lekarza zawsze cenną wymianą doświadczeń. Chirurgia wymaga nieustannych szkoleń, nie da się osiąść na laurach i być w chirurgii nadal skutecznym.

    Na swojej drodze spotkał pan Profesora Waldemara Jędrzejczyka, jakie wartości i umiejętności wyniósł Pan z tej współpracy?
     Poznałem profesora Jędrzejczyka, gdy był jeszcze doktorem. Był człowiekiem, dla którego rozwój był niezwykle ważny. Interesowało go wszystko, co nowe, do tego miał taką cechę, którą ja staram się powielać, mianowicie wszystkich nas popychał do nieustannego rozwoju naukowego. Każdy, kto chciał zrobić doktorat i dalej habilitację był przez niego motywowany, wręcz pilnował nas w tym. Dzięki temu mamy w swojej klinice tylu naukowców. Trzeba pamiętać, że jesteśmy związani z uniwersytetem i pisanie prac naukowych jest naszym obowiązkiem. Młodzi ludzie się do tego bardzo garną. W tej chwili trzech moich rezydentów przygotowuje doktoraty. To wszystko zawdzięczamy podejściu profesora Jędrzejczyka. Podobnie ze stażami – zawsze na to przyzwalał i zawsze był ciekaw doświadczeń, jakie zdobyliśmy. Sam też jeździł na staże do Włoch i Anglii. Jednocześnie był świetnym chirurgiem klasycznym. W chirurgii klasycznej posiadał charakterystyczną delikatność. Pochodził ze szkoły doktora Stefana Myszki, chirurga, który swoje szlify zdobył przed II wojną światową w niemieckich uniwersytetach. Była to tak zwana chirurgia pruska, charakteryzująca się właśnie delikatnością i dużym szacunkiem dla anatomii. Profesor Jędrzejczyk reprezentował tę szkołę, a my nadal idziemy tym tropem. To jego największa zaleta, że cały czas szukał nowych dróg i do tego też nas nakłaniał
    Pana droga naukowa rozpoczęła się od badań nad zespoleniami przewodu pokarmowego i prowadziła poprzez nowoczesne techniki endoskopowe, aż po autofluorescencję tkanek. Jak zrodziły się te zainteresowania?
     Tam, gdzie pojechaliśmy w tym roku, do Aksum w północnej części Etiopii, małej miejscowości, ważnej z religijnego punktu widzenia, nie ma w ogóle lekarza okulisty. Tamtejszy szpital posiada sprzęt zakupiony przez hinduską fundację, maszynę, dzięki której można operować zaćmy. Niestety stoi nieużywana. Nie ma kto operować.W latach 70. i na początku lat 80. wykonywaliśmy rocznie około dwustu zabiegów operacyjnych klasycznie z powodu choroby wrzodowej żołądka i dwunastnicy. Były to krwawienia, perforacje, zwężenia odźwiernika żołądka, ale też samoleczenia choroby wrzodowej, różnego rodzaju wagotomie. Pacjenci nierzadko trafiali do nas w tragicznym stanie. Powikłania po takich operacjach były częste, a my nie umieliśmy wtedy operować endoskopowo. W 1982 r. dwóch badaczy Barry Marshall oraz Robin Warren z Australii odkryli, że podłożem choroby wrzodowej żołądka i dwunastnicy jest bakteria Helicobacter pylori. Odkrycie zmiotło w jednej chwili chirurgię choroby wrzodowej żołądka i dwunastnicy. Pojawiły się leki, antybiotyki i skończyła się historia tej choroby. Naturalnym efektem postępu w medycynie była zmiana zainteresowań w kierunku endoskopii i chorób nowotworowych.
    
Jest Pan również dydaktykiem, wykształcił dziesiątku studentów, doktorów, Zapewne przygląda się Pan młodemu pokoleniu chirurgów. Jakie cechy ceni Pan u młodych lekarzy?
    Najważniejsza jest chęć do pracy, a więc cecha, którą nie wszyscy mają. Akurat moi młodzi rezydenci są przykładem pracowitości, ciekawości w zdobywaniu nowych doświadczeń, poznawaniu nowych metod diagnostycznych. Wszyscy moi rezydenci potrafią wykonać endoskopię, to znaczy, że podczas dyżuru poradzą sobie z powikłaniem w postaci krwawienia z przewodu pokarmowego, przepchnięciem kęsa pokarmowego. Zaczynają także uczyć się ultrasonografii, aby być jak najbardziej niezależnymi diagnostycznie. Druga cecha to chęć do nauki. Jeżeli ktoś wykonuje jakąś operację i pytamy kto by zgłosił się do niej, to oni są bardzo chętni. Obecne pokolenie jest bardzo zachowawcze. Stawia swoje życie na pierwszym planie, my jednak w swojej Klinice mamy rezydentów, którzy są z nami już od IV roku studiów, najpierw w kółku chirurgicznym prowadzonym przez panią adiunkt dr Aleksandrę Mojkowską, potem na VI roku studiów przychodzą na praktyki do szpitala, a potem jako asystenci lekarzy, robią staże, a po stażu rezydenturę, w ramach której otrzymują stypendium dyrektora szpitala. Chirurgia jest dziedziną bardzo wymagającą, wiąże się z licznymi dyżurami, zauważam duży kłopot z młodymi adeptami chirurgii. U nas jednak mam przyjemność pracować z ludźmi oddanymi tej dziedzinie medycyny i patrzę z podziwem, jak zdobywają nowe szlify i coraz bardziej się rozwijają. Staram się młodych stymulować, pomagać im.
    Od wielu lat jest Pan Naczelnym Lekarzem szpitala, od 1992 r. pierwszym zastępcą, pamięta Pan początki lecznicy, patrzy jak wygląda ona dzisiaj. Z której decyzji jest Pan szczególnie dumny, a co z kolei nie przeszło próby czasu i dziś postąpiłby Pan inaczej?
    Najbardziej dumny jestem z tego, że szpital cały czas rozwija się. Tworzone są nowe specjalności. Na naszym bloku operacyjnym wykonujemy z różnych dziedzin około 22 tys. operacji rocznie, wcześniej było to około 12- 13 tys. Rozbudowując szpital w znaczący sposób poprawiliśmy warunki dla pacjentów na oddziałach zabiegowych. Nie udało się dokończyć szpitala jako całości, trzeba by zburzyć jeszcze starą część, o czym mówiłem na swoim Jubileuszu. To jest coś, co chciałbym jeszcze zobaczyć.     A jaka decyzja, jaki kierunek nie przeszedł próby czasu?
    Nie mam takiej myśli, że coś poprawiłbym, czy zrobił inaczej. Na pewno nie w chirurgii. Jeśli zaś chodzi o pracę szpitala, to w tej chwili ta konsolidacja, jaka dokonała się prawie 15 lat temu spowodowała, że z jednej strony zbudowaliśmy organizm bardzo otwarty, z drugiej strony potrafimy pomóc w różnych specjalnościach. Mamy bardzo dobre warunki na oddziałach psychiatrycznych, niewiele ośrodków w Polsce może pochwalić się podobnymi. Do tego trzeba dodać możliwości leczenia, jakie daje szpital dziecięcy, do którego przeniosła się ambulatoryjna psychiatria dziecięca. Posiadamy rozległe możliwości diagnostyczne. Powiem tylko tyle, że jeszcze kilka lat temu mieliśmy 60-70 tys. hospitalizacji rocznie, teraz sięgamy prawie 90 tys. hospitalizacji. Wykonywaliśmy około 170 tys. porad rocznie, obecnie ta liczba wzrosła do 330 tysięcy. Proszę sobie wyobrazić, 330 tys. pacjentów wchodzących i wychodzących rocznie do naszych lecznic na Bielanach i przy ul. Konstytucji 3 Maja.
     Gdybyśmy na chwilę zapomnieli o chirurgii, czy jest kierunek lub element rozwoju dla szpitala w ogóle, który wciąż czeka na realizację?
    Brakuje nam radioterapii, pacjenci zmuszeni są jeździć na leczenie do Bydgoszczy. Mamy chirurgię onkologiczną, mamy chemioterapię nowotworów, zaś radioterapię musimy niestety wykonywać gdzie indziej. To jest mój ból, starałem się o to. Przygotowaliśmy projekt, wystąpiliśmy do Ministerstwa Zdrowia i dostaliśmy pozytywną ocenę, ale nie ma na to potrzebnych środków. Gdyby uruchomić u nas radioterapię, wówczas w Wojewódzkim Szpitalu Zespolonym w Toruniu oferowalibyśmy pacjentom pełen pakiet onkologiczny.
    Od ponad 30 lat odpowiada Pan za tematy medyczne największego toruńskiego szpitala. Zasiadał Pan lub zasiada w rozlicznych eksperckich gremiach, jednocześnie przez lata aktywnie pracował Pan jako chirurg. Działał na najwyższych obrotach. Jak kompensuje Pan stres związany z wykonywanym zawodem i czy w takiej konstelacji można w ogóle mieć życie poza szpitalem?
    Powiem tak, nie można utrzymać koncentracji i emocji w ryzach jak nie ma się odskoczni. Dla mnie zawsze był i jest nią sport. Codziennie jeżdżę na rowerze, jeżdżę na rolkach, cały czas gram w tenisa, jestem w tej chwili najstarszym zawodnikiem w klubie. Jeżdżę na nartach. Mam własną siłownię w domu – ćwiczę w niej codziennie. Jest to coś, co bardzo pomaga mi w utrzymaniu życiowego balansu. Poza tym uwielbiam podróże, uczę się nowych języków. Moje dzieci dobiegają pięćdziesiątki, jedno już ją przekroczyło. Syn mieszka w Stanach Zjednoczonych, córka w Polsce. Mamy bardzo bliskie relacje, także z wnuczkami, które mają już swoje życie. Muszę sobie to wszystko układać – sport, książka, dobry film. Tylko tyle.


     Profesor Marek Jackowski jest Naczelnym Lekarzem Wojewódzkiego Szpitala Zespolonego, największej lecznicy w Toruniu, funkcję tę pełni od 2003 r., wcześniej od 1992 r. był zastępcą dyrektora ds. opieki zdrowotnej. Od 1975 r., a więc od początku swojej drogi zawodowej jest związany z toruńską placówką, w której to przeszedł wszystkie szczeble kariery. Kieruje Katedrą i Kliniką Chirurgii Ogólnej, Gastroenterologicznej i Onkologicznej Collegium Medicum Uniwersytetu Mikołaja Kopernika. Jego specjalizacją jest chirurgia ogólna, ze szczególnym uwzględnieniem technik małoinwazyjnych – chirurgii laparoskopowej i robotycznej. Wykształcił kolejne pokolenia lekarzy.

    
Benefis na 50 lecie drogi zawodowej
    W tym roku profesor Marek Jackowski obchodzi wyjątkowy jubileusz – 50-lecie swojej kariery zawodowej. Uroczystość z tej okazji odbyła się w październiku w Teatrze im. Wilama Horzycy w Toruniu. Podczas benefisu profesor spotkał się z licznym gronem współpracowników i przedstawicieli środowiska medycznego, z którymi od lat dzieli się swoim doświadczeniem oraz wiedzą. Wydarzenie miało charakter artystyczny – Teatr im. Wilama Horzycy przygotował specjalny program, w którym znalazły się wspomnienia i anegdoty z bogatej drogi zawodowej Jubilata. Oprawę muzyczną zapewnili artyści z orkiestry Młodzieżowego Domu Kultury oraz chór szpitalny, nadając całemu spotkaniu uroczysty i ciepły ton.

    Szanowni Państwo,
     w dniu 13 września 2025 r., w murach zabytkowego Teatru im. Wilama Horzycy w Toruniu, odbyła się podniosła uroczystość wręczenia Praw Wykonywania Zawodu Lekarza tegorocznym absolwentom Uniwersytetów Medycznych.

     To szczególne wydarzenie, pełne wzruszeń, dumy i nadziei, stanowiło symboliczne zwieńczenie wielu lat wytężonej nauki i jednocześnie uroczyste wejście młodych adeptów sztuki medycznej w szeregi przedstawicieli jednego z najodpowiedzialniejszych zawodów.


    Grudziądzkie Forum Lekarzy Rodzinnych (GFR) zostało utworzone z inicjatywy dr Konrada Flisa. Są to cykliczne spotkania w grudziądzkiej Delegaturze, odbywające się raz w miesiącu. Mają służyć integracji lekarzy rodzinnych, ułatwiać wymianę informacji, umożliwiać wzajemne wsparcie i pomoc oraz reprezentować interesy środowiska. Pierwsze oficjalne spotkanie miało miejsce 1 lipca 2025 r., podczas którego omówiono najistotniejsze zagadnienia środowiska lekarzy rodzinnych: relacje z NFZ, oprogramowanie do obsługi medycyny rodzinnej, relacje z samorządem terytorialnym, pozycja lekarzy rodzinnych w systemie ochronie zdrowa. Ponadto tematem rozmów było podniesienie prestiżu medycyny rodzinnej przez stworzenie możliwości robienia specjalizacji w dziedzinach wymienionych w opiece koordynowanej (kardiologia, diabetologia, endokrynologia nefrologia) specjalną ścieżką po przepracowaniu 4 lat, jako specjalista medycyny rodzinnej.
     Kolejne spotkanie GFR zaplanowano na 9 grudnia br. Organizatorzy zapowiadają, że również i tym razem nie zabraknie ciekawych tematów i inspirujących dyskusji.


    W dniach 24-26.10.2025 r. Przedstawiciele Grudziądzkiego Forum Lekarzy Rodzinnych wzięli udział w XIV Kongresie Polskiego Towarzystwa Medycyny Rodzinnej. Podczas trzech spotkań lekarze rodzinni, pielęgniarki, koordynatorzy opieki zdrowotnej oraz przedstawiciele innych zawodów medycznych uczestniczyli w prelekcjach, warsztatach i sesjach tematycznych. Szczególną uwagę poświęcono profilaktyce, zwłaszcza w kontekście programu „Moje Zdrowie”. Kierownikiem naukowym Kongresu została prof. dr hab. n. med. Agnieszka Mastalerz – Migas, którą lekarze z Grudziądzkiego Forum Lekarzy Rodzinnych zaprosili do Delegatury w Grudziądzu KPOIL w Toruniu.



    Tę fundamentalną zasadę potwierdził niedawno Sąd Karny we Włocławku. Jak wcześniej informowałam, w ramach działalności Zespołu do spraw zwalczania nielegalnej działalności leczniczej, powołanego przez Okręgową Radę Lekarską naszej Izby, podejmujemy działania mające na celu ochronę pacjentów przed nieuprawnionym wykonywaniem czynności medycznych.
    W pierwszej kolejności zajęliśmy się przypadkami techników dentystycznych, którzy bez stosownych uprawnień przyjmowali pacjentów. Współpracując z Państwową Inspekcją Sanitarną, doprowadziliśmy do przekazania sprawy do prokuratury. Po przeprowadzeniu postępowania przygotowawczego prokuratura skierowała wniosek do sądu karnego, który w dniu 25 lipca 2025 r. wydał wyrok nakazowy wobec właściciela jednej z takich pracowni dentystycznej.
    Wyrok nakazowy oznacza, że sąd – po zapoznaniu się z materiałem dowodowym – uznał sprawę za jednoznaczną i rozstrzygnął ją na posiedzeniu niejawnym, bez konieczności prowadzenia rozprawy. Oskarżony został uznany winnym i ukarany. To nasz pierwszy sukces – mamy nadzieję, że kolejne działania przyniosą podobne efekty.
     Nie ma naszej zgody na wykonywanie czynności medycznych przez samouków bez odpowiedniego wykształcenia, odpowiednich uprawnień, często w nieodpowiednich warunkach sanitarnych szkodzących naszemu zawodowi podając dotkankowo preparaty znieczulające i inne materiały wypełniające nieznanego pochodzenia. Takie praktyki niosą duże ryzyko dla zdrowia i życia pacjentów, a także godzą w zaufanie do zawodu lekarza.
    Zdajemy sobie sprawę, że wielu pacjentów nie ma świadomości istniejących zagrożeń – naszym obowiązkiem jest ich o tym informować.
    Apeluję do Koleżanek i Kolegów, aby nie firmowali swoim nazwiskiem działalności podmiotów, które wykonują zabiegi medyczne bez faktycznej obecności lekarza. Nadzór lekarski oznacza rzeczywistą obecność i gotowość do interwencji lekarza w miejscu wykonywania takiego zabiegu przez cały czas jego trwania i odpowiedni czas po jego zakończeniu.
    Lekarz, dzięki odpowiedniemu przygotowaniu i doświadczeniu, potrafi rozpoznać powikłania i właściwie zareagować. Osoby bez wykształcenia medycznego nie dysponują taką wiedzą ani kompetencjami. Dlatego autoryzowanie takich działań jest sprzeczne z ustawą o zawodach lekarza i lekarza dentysty czy z Kodeksem Etyki Lekarskiej i stanowi naruszenie prawa.
    Zachęcam Państwa do dalszego przekazywania informacji o przypadkach nielegalnej działalności leczniczej do naszego Zespołu i biura Izby. Wspólnie możemy skutecznie dbać o bezpieczeństwo pacjentów i prestiż naszego zawodu.



    Dzień patrona lekarzy św. Łukasza od wielu lat jest dniem spotkań lekarzy delegatury włocławskiej. Tak też było i w tym roku. 19 października spotkaliśmy się w kościele św. Jana we Włocławku na mszy w intencji stanu lekarskiego.
    Sobotnia wichura i deszcz nie wróżyły dobrej pogody i z niepewnością patrzyłam przez okno planując nasze spotkanie. Opatrzność jednak nad nami czuwa, bo niedziela przywitała nas pięknym słońcem, więc spacer do nieodległej restauracji River Side na tradycyjną filiżankę kawy i ciasteczko był czystą przyjemnością. Wspominaliśmy nasze koleżanki i kolegów, których już z nami nie ma, ale przede wszystkim cieszyliśmy się swoim towarzystwem doceniając, że dane nam było znowu spotkać się. Jak podkreślano, jest to jedna z niewielu okazji by porozmawiać, powspominać na zupełnie prywatnej stopie, z dala od zawodowych problemów.
    Kolejną okazją do spotkania będzie organizowana w dniu 13.12.2025 o godz. 11.00 Wigilia. Planowanym miejscem jest restauracja River Side na ul. Piwnej we Włocławku. Na to spotkanie już dziś bardzo serdecznie zapraszam.


    18 października 2025 w siedzibie Delegatury OIL we Włocławku odbyło się kolejne, trzecie już w tym roku, stacjonarne szkolenie organizowane przez Włocławskie Stowarzyszenie Lekarzy Stomatologów (WSLS). Tym razem tematem była „Nowoczesna endodoncja. Chemo-mechaniczne opracowanie systemów kanałów korzeniowych”. Prowadził je lek. dent. Nikodem Borecki. Uczestnicy szkolenia wysłuchali wykładu, a dzięki sprzętowi udostępnionemu przez firmę Poldent, chętni mogli uczestniczyć także w warsztacie praktycznym.
    Przyznać trzeba, że nasza nowa delegatura doskonale sprawdza się jako miejsce do organizacji spotkań naukowych, dających możliwość doskonalenia zawodowego. Stowarzyszenie, będąc organizatorem szkoleń, umożliwia bezpłatny udział w wydarzeniach dostarczających aktualnej wiedzy medycznej.



    W środowe popołudnie 8 października br. w siedzibie grudziądzkiej Delegatury Kujawsko- Pomorskiej Okręgowej Izby Lekarskiej w Toruniu odbyło się pierwsze w historii spotkanie lekarzy seniorów. Wydarzenie zainicjowane zostało przez dr Jolantę Paul oraz dr Joannę Szczotkę, natomiast zorganizowane przez dr. Jana Kosiora.
    Przewodniczący Delegatury z entuzjazmem powitał przybyłych gości, a przemowa którą wygłosił na początku podkreśliła wyjątkowy charakter tej uroczystości. W swoim przemówieniu zaznaczył, że pomysł spotkań seniorów zrodził się z potrzeby uhonorowania lekarzy, którzy przez dziesięciolecia służyli pacjentom. W trakcie spotkania uczestnicy mieli okazję obejrzeć krótką prezentację o historii powstania Delegatury oraz porozmawiać o planach na przyszłość: terminach i formie kolejnych spotkań, które mają mieć charakter cykliczny. Ponadto była to oczywiście doskonała okazja do wymiany wspomnień, rozmów o dawnych czasach oraz refleksji nad przemianami, jakie zaszły w obecnej medycynie.
     Na zakończenie spotkania wszyscy jednogłośnie wyrazili chęć kontynuowania tego typu inicjatyw – cyklicznych spotkań, wyjść do teatru itp., które zintegrują środowisko lekarskie jeszcze bardziej.



    Sytuacja, w której lekarz jest uprawniony do przekroczenia zakresu pierwotnej, świadomej zgody, udzielonej przez pacjenta, została szczegółowo opisana w przepisach ustawy z 5 grudnia 1996 r. o zawodach lekarza i lekarza dentysty (w dalszej części tekstu, odwołując się do tego aktu prawnego, będziemy stosować skrót: „uzl”). Opisana sytuacja, stanowiąc odstępstwo od reguły, nakładającej na lekarza obowiązek stosowania się do treści i zakresu, świadomie wyrażonej przez pacjenta zgody – nazywana jest „wyjątkiem terapeutycznym”.

    Analizując treść przywołanego art. 35 uzl, widzimy, że sytuacja, do której znajduje on zastosowanie, dotyczy przypadku, gdy zabieg operacyjny albo przyjęta metoda lecznicza lub diagnostyczna – znajduje się już w fazie realizacji. Powyższe można podsumować jednym zdaniem: skorzystanie z wyjątku terapeutycznego, jest możliwe wówczas, gdy interwencja lekarska – będąca następstwem ujawnionych już (a więc znanych lekarzowi) – problemów zdrowotnych – jest w toku.
    Przyczyny modyfikacji zakresu interwencji medycznej mogą być wynikiem różnych okoliczności: np. wadliwej diagnostyki. Inna sytuacja, może dotyczyć okoliczności, gdy diagnostyka była co prawda prawidłowa, ale w trakcie interwencji medycznej niespodziewanie ujawniły się nowe okoliczności, na tyle istotne dla stanu pacjenta, że nie wolno ich lekarzowi pominąć.
    W omawianym kontekście, warto przytoczyć jedno z orzeczeń sądowych, w którym możemy przeczytać: „(…) przed wszczęciem postępowania leczniczego lekarz powinien dołożyć wszelkich starań, aby uniknąć rozszerzenia lub zmiany planowanego postępowania leczniczego w jego trakcie. Jeżeli nie jest pewny granic zabiegu, powinien podzielić się wątpliwościami z chorym i ewentualnie uzyskać jego zgodę na potencjalne czynności. Natomiast takie postępowanie nie może prowadzić do uzyskania od pacjenta zgody blankietowej” (wyrok Sądu Apelacyjnego w Warszawie z 28.04.2011 r., I ACa 751/10, LEX nr 1643032).
    Należy jednoznacznie stwierdzić, że omawiany zapis ustawowy, wyklucza możliwość zmiany zakresu zabiegu, terapii czy diagnostyki jedynie celem udzielenia pacjentowi świadczenia zdrowotnego o charakterze profilaktycznym (zob. T. Sroka, Odpowiedzialność karna za rozszerzenie pola operacyjnego – uwagi na marginesie wyroku SO w Poznaniu z 6.11.2014 r., IV Ka 452/14, PiM 2016/4, s. 89–108).
    Groźba niebezpieczeństwa utraty życia, ciężkiego uszkodzenia ciała lub ciężkiego rozstroju zdrowia>
     Odwołanie się przez lekarza do możliwości skorzystania z wyjątku terapeutycznego będzie możliwe, jeżeli zmiana zakresu zabiegu lub metody leczniczej jest nieprzewidywalna. Konieczność taka powstaje nagle, w trakcie udzielania świadczenia zdrowotnego, z powodu ujawnienia się objawów, co do których istnienia lekarz nie miał świadomości przed przystąpieniem do zabiegu lub rozpoczęciem stosowania określonej metody leczniczej czy diagnostycznej. Ponadto, zachodzi w tej sytuacji zagrożenie, że w razie nieuwzględnienia tych nowych okoliczności podczas udzielania świadczenia, pacjentowi grozi niebezpieczeństwo utraty życia, ciężkiego uszkodzenia ciała lub ciężkiego rozstroju zdrowia.
    Omawiany przepis uzl, mówi ogólnie o „niebezpieczeństwie” i nie precyzuje, czy zagrożenie powinno być bezpośrednie, czy może być oddalone w czasie. Należy uznać, że niebezpieczeństwo, o którym mowa jest realne i obiektywne. Wobec powyższego, zasadne jest przekonanie, że w sytuacji, gdy zwłoka w uwzględnieniu ujawnionych nagle okoliczności w postępowaniu leczniczym lub diagnostycznym nie będzie mieć negatywnego przełożenia na stan pacjenta, to lekarz powinien je przerwać (gdy jest to możliwe) i uzyskać zgodę chorego na inny zabieg – uwzględniający te „nowe okoliczności”.
    Należy podkreślić, że zapis umieszczony w omawianym art. 35 uzl należy rozumieć i stosować ściśle (niedopuszczalna jest w tym przypadku interpretacja rozszerzająca). Wpisuje się w powyższy pogląd treść jednego z orzeczeń Sądu Apelacyjnego w Katowicach, którego zdaniem: „bezprawne poszerzenie operacji cesarskiego cięcia poprzez podwiązanie jajowodów stanowi uszkodzenie ciała. Zdolność prokreacji jest fizjologią każdego człowieka, a pozbawienie tej zdolności stanowi swojego rodzaju antykoncepcję, która może nie być przez daną osobę akceptowana. Bez znaczenia dla bezprawności działania jest fakt, że kolejna ciąża stanowiłaby zagrożenie dla życia kobiety” (wyrok SA w Katowicach z 19.02.2008 r., I ACa 34/08, LEX nr 785200).
    Brak możliwości uzyskania zgody pacjenta lub jego przedstawiciela ustawowego
    Kolejny warunek, który umożliwia odwołanie się przez lekarza do wyjątku terapeutycznego to brak możliwości uzyskania zgody pacjenta lub jego przedstawiciela ustawowego. Dotyczy to zarówno przypadku, gdy nie można skontaktować się z przedstawicielem ustawowym, ale także sytuacji, gdy przedstawiciel ustawowy jest fizycznie obecny w miejscu udzielania świadczenia zdrowotnego, lecz znajduje się w stanie wyłączającym świadome wyrażenie zgody (np. znajduje się w stanie nietrzeźwości).
    Opisany powyżej warunek, umożliwiający przekroczenie przez lekarza zakresu pierwotnej zgody pacjenta, nabiera istotnego znaczenia w czasie zabiegów chirurgicznych, kiedy pacjent znajduje się pod działaniem narkozy, wobec czego nie jest możliwe nawiązanie z nim kontaktu. Wskazane zasady postępowania, stosuje się także do czynności diagnostycznych. Warto w tym kontekście przytoczyć jedno z orzeczeń, wydanych przez Sąd Najwyższy, w którym Sąd ten wypowiedział się w przedmiocie dopuszczalności pobrania wycinka skóry dla celów badania histopatologicznego bez zgody pacjenta przy okazji wykonywania innego zabiegu (wyrok SN z 22.09.1967 r., I CR 188/67, LEX nr 6213). W treści przywołanego wyroku czytamy m.in.: „(…) jeżeli lekarz pobrał określony materiał biologiczny celem zdiagnozowania choroby nierozpoznawalnej w momencie tego pobrania, może on prowadzić badania diagnostyczne tego materiału pod dowolnym, uznanym przez siebie za właściwy kątem z punktu widzenia postawienia prawidłowej diagnozy (...). Chodzi bowiem o ustalenie rodzaju choroby, pacjent zgadzający się zaś na takie ustalenie w drodze badania diagnostycznego nie może z góry godzić się jedynie na rozpoznanie jednych chorób, zaś nierozpoznanie innych. Jeśli jednak rodzaj choroby został już zdiagnozowany, lekarz pobrał zaś materiał biologiczny celem lepszego jej rozpoznania i wyboru właściwej terapii, nie może on prowadzić bez zgody pacjenta takich badań diagnostycznych tego materiału, które nie miałyby związku ze zdiagnozowanym schorzeniem. W szczególności nie można prowadzić takich badań w celach innych, niż lecznicze i leżące w interesie pacjenta (np. w celu zabezpieczenia personelu przed ewentualnym zainfekowaniem), a już tym bardziej «wymuszać » zgody na takie badania pod groźbą odmowy lub odstąpienia od leczenia. Zgoda uzyskana w taki sposób stanowiłaby klasyczny przykład zgody nieważnej prawnie, dotkniętej klasyczną wadą oświadczenia woli (przymus, groźba). Identyczną wadą dotknięta byłaby zgoda „wyłudzona”, gdyby lekarz pobrał materiał do badań na nosicielstwo HIV pod pozorem przeprowadzenia innych rutynowych badań”.
    Konsultacja z innym lekarzem
    Podejmując decyzję, dotyczącą zmiany zakresu zabiegu albo metody leczenia lub diagnostyki lekarz powinien zasięgnąć opinii drugiego lekarza – w miarę możliwości – tej samej specjalności. Obowiązek ten nie jest obowiązkiem bezwzględnym, ponieważ jeśli uzyskanie opinii nie jest możliwe (np. w danym podmiocie leczniczym nie ma lekarza tej samej specjalności) lub wiąże się to z nadmiernymi trudnościami (np. lekarz takiej specjalności przebywa poza miejscem zamieszkania i nie można się z nim skontaktować) albo zwłoka związana z poszukiwaniem lekarza mogłaby spowodować szkodę dla pacjenta – wówczas opinii, o której mowa, może udzielić lekarz innej specjalności. Ponadto, w opisanej sytuacji lekarz przeprowadzający zabieg lub diagnostykę – uprawniony jest do samodzielnego podjęcia decyzji.
    Adnotacja w dokumentacji medycznej
     W tym miejscu należy także wskazać na obowiązek lekarza, odnoszący się do dokonania odpowiedniej adnotacji w dokumentacji medycznej oraz przekazania informacji pacjentowi (albo innemu podmiotowi – uprawnionemu do udzielenia zgody – np. przedstawicielowi ustawowemu, sądowi opiekuńczemu), że zaszła okoliczność uzasadniająca przekroczenie przez niego zakresu czynności leczniczych, na które pacjent wyraził uprzednio zgodę. Ustawa o zawodach lekarza i lekarza dentysty nie wprowadza ram czasowych, w których należy spełnić ten obowiązek. Należy przyjąć, że powinno to nastąpić niezwłocznie po zakończeniu udzielania świadczenia zdrowotnego.
    Podsumowując – wyjątek terapeutyczny można nazwać „medycznym stanem wyższej konieczności”. Pozwala on lekarzowi na elastyczność, która umożliwia szybką reakcję na nowe, nieprzewidziane okoliczności, poważnie wpływające na stan zdrowia pacjenta, w przypadku, gdy ich nieuwzględnienie groziłoby pacjentowi poważnymi, często nieodwracalnymi konsekwencjami.
    Należy jednak pamiętać, że mamy tutaj do czynienia z wyjątkiem od zasady poszanowania autonomii pacjenta do wyrażenia zgody na zastosowanie wobec niego określonych czynności medycznych. W związku z powyższym, konieczne jest dochowanie przez lekarza wszystkich opisanych w ustawie o zawodach lekarza i lekarza dentysty – warunków dopuszczalności skorzystania z wyjątku terapeutycznego. Warto w tym miejscu przywołać znaną nam, z pewnością, zasadę: przeprowadzenie czynności medycznej (tj. zarówno zabiegu operacyjnego oraz innej czynności terapeutycznej i diagnostycznej) bez świadomej zgody pacjenta (zdolnego do wyrażenia zgody) lub innej osoby uprawnionej do jej wyrażenia – stanowi zachowanie niezgodne z prawem.



    Zanim jednak po listopadowej nocy w Sali Bogusławskiego przyjdzie czas na kolejną gościnną recenzję, wrócę do lat minionych, gdy teatr publiczny wznosił się na chwilę ku wyżynom i upadał przez długie lata. Innowacyjne wprowadzenie monopolu, który ustawowo objął wszystkie widowiska przetrwało do 1791 r. Na placu Krasińskich wybudowano nowy gmach, po raz pierwszy nazwany Teatrem Narodowym, z wyposażeniem kulisowym, kanałem orkiestry i malowaną kurtyną. Parter był stojący, a za miejsce na ławie trzeba było dodatkowo zapłacić. Nad lożami górowała galeria wypełniona publiką głodną zmieniających się afiszy. Na każdym przedstawieniu doraźnie osądzano sztukę i wykonanie. Sukces oklaskiwano, wzywając do powtórzeń, rzucając kwiaty i pieniądze oraz żądano widzieć autora. Niezadowolenie wyrażano sykiem, gwizdem i stukaniem laskami o podłogę. W 1794 r. Wojciech Bogusławski wystawia tam Cud mniemany, czyli Krakowiacy i Górale i w praktyce od tej daty zaczyna się historia sceny. Patrzymy na nią zawsze w sposób szczególny, przywołując najczęściej powojenne Dziady Dejmka, Balladynę Hanuszkiewicza, Wesele Grzegorzewskiego i pożegnalnego Hamleta Englerta.
    Jan Klata przywitał się ze stołeczną publicznością Weselem Stanisława Wyspiańskiego wystawionym w krakowskim Narodowym Starym Teatrze w grudniu 2017 r. Długa owacja na stojąco i wiwaty, gdy zażądano widzieć reżysera i nowego dyrektora, potwierdziły aktualność frazy umarł król, niech żyje król, chociaż z ciągłością władzy w przestrzeni publicznej jest coraz gorzej. Brawa nie były na wyrost. Jednocześnie setne przedstawienie wykorzystał Edward Linde- -Lubaszenko, po raz ostatni kreując Stańczyka i symbolicznie odchodząc na sceniczną emeryturę.
    Ale nie ma przecież polskiego Wesela bez kaca, reminiscencji, złotego rogu i sznura na końcu, który zaciska się wokół debaty o przyszłość z hasztagiem niewykorzystanych szans. I nie powinniśmy raczej przejść obojętnie obok Jaśka, w którym cała nasza nadzieja na wyzwolenie kończy się poszukiwaniem czapki z piór i sennym powidokiem rewolucyjnych zmian na lepsze. Poprawiny to jednak odgrzewanie wczorajszych potraw i leczenie klinami. I gości, jakby mniej, a przyśpiewki jeszcze bardziej dosadne, niż podczas oczepin. Szarzeje biała suknia Panny Młodej, której wianek pochwyciła ambitna druhna.
    W spektaklu Jana Klaty najbardziej niezwykła jest weselna muzyka black metal. Nie chcąc powtarzać zachwytów sprzed ośmiu lat nad odpowiedzialnym za kompozycje zespołem Furia, zacytuję gitarzystę Michała NIHIL Kuźniaka: …my dziś jesteśmy Chochołami. Gramy samych siebie. Wiek temu byliśmy młodopolanami i właściwie dalej jesteśmy, z tym że nasza młodopolskość się powykręcała.
    W 1901 r. Rudolf Starzewski napisał w recenzji popremierowej: trwa to „wesele” przeszło wiek – od konstytucji 3 maja, poprzez racławickie kosy i krwawe noże rezunów, poprzez pańszczyznę i „Złotą hramotę”, poprzez wiece i bankiety, […] poprzez nieufność i obojętność, poświęcenie bez granic i bezpłodne porywy. Grajkami byli na nim wszyscy wieszcze narodowi, starostami wszyscy mężowie stanu i wszystkie stronnictwa polityczne – uczestnikiem każdy, komu polskie serce bije w piersi lękiem i nadzieją, każdy, kto wie i czuje, że na „weselu” rozgrywa się ojczyste „być albo nie być”.
    Wyszedłem z Teatru Narodowego z osobistym pytaniem, czy czekam jeszcze na hasło złotego rogu? Czekam, ale najbardziej boję się ukrytych wokół furii, kojarzonych z greckimi eryniami zemsty. Czekam, chociaż mam świadomość, że nic nie było i będzie czarno-białe, a romantyczne ideały zastąpiła ponad sto lat temu rewizja Wyspiańskiego, nie pozostawiając żadnych złudzeń. Czekam, mimo że, każdy z weselnych gości jest inny i zapatrzony w swoje biznesowe plany, rodzinne bolączki i frustrujące przemijanie.
    Jeśli Wesele jest o przebudzeniu, to zatańczmy razem, by ta nasza młodopolskość się już dalej nie powykręcała.





     Jak co 4 lata, tak i w tym roku odbywają się wybory do władz naszej Izby. Pierwszy etap , czyli wybory delegatów na Zjazd Okręgowy mamy za sobą. Tym razem procedura wyborcza była nowa, a więc i niosła za sobą wiele niewiadomych. Głosować można było jak wcześniej korespondencyjnie, czyli przez odesłanie do Izby swojego głosu w tzw. pakiecie wyborczym. Druga opcja , jak zwykle, obecność w lokalu wyborczym i osobiste głosowanie. Nowością było głosowanie elektroniczne. Każdy lekarz otrzymał na telefon i e-mail instrukcję postępowania. W ostatecznym rozrachunku dla wielu głosujących okazał się ten sposób najłatwiejszy.
     Niestety mimo wielkich oczekiwań ze strony władz Izby Naczelnej na skokowe zwiększenie frekwencji wyborczej, poprzez wprowadzenie głosowania elektronicznego, cel nie został osiągnięty. Jak w latach poprzednich, sumaryczna frekwencja obu metod głosowanie niewiele przekroczyła wymagane 20%. Ilość głosów oddana w obu metodach głosowania była porównywalna. Czy to znaczy, że cały system wdrażający nową metodę głosowana, bardzo skomplikowane programy, zabezpieczenia, kody dostępu i hasła był inwestycją chybioną? Myślę że nie, ale głośni i gorliwi zwolennicy tej metody euforii odczuwać nie mogą. W naszej Izbie wszystkie wybory odbyły się w pierwszej turze, przy możliwości głosowania w trzech metodach. Zastanowić się jednak trzeba jaka byłaby frekwencja w drugiej turze, gdyby do takiej doszło, w której dopuszczalne było głosowanie tylko elektroniczne. Sztandarowe hasło „Samorządu Przyszłości” ze stojącym na czele Prezesem Jankowskim, aby wybory były tylko internetowe, chyba nie obroniłoby się.

     Wniosek z zaistniałej sytuacji musi być jeden – dostępność wszystkich metod głosowania na każdym szczeblu wyborów do czasu, gdy jedna z nich po prostu straci popularność i zostanie wyeliminowana przez samych wyborców. Już dziś wydaje się, że głosowanie osobiste w lokalu wyborczym jest marginalne. We Włocławku była jedna osoba głosująca osobiście. Może czas zastanowić się nad zasadnością tej metody.
     Głosowanie zakończyło się posiedzeniem Komisji skrutacyjnych w Toruniu, Włocławku i Grudziądzu. We Włocławku w skład komisji weszli przewodniczący lek.dent Marcin Zaleski i członkowie: lek. dent Marta Kwiatkowska, lek. Grzegorz Marchlewski i lek. dent. Tomasz Śledziewski.
    Jako organizator i przedstawiciel Okręgowej Komisji Wyborczej wszystkim za udział, sprawną pracę i cudowną atmosferę bardzo dziękuję. Podziękowania też dla Pani Anny Ziółkowskiej, pracownicy biura naszej Delegatury za profesjonalne przygotowanie i obsługę wyborów.

    Pisanie od czasu szkoły podstawowej do dzisiejszej chwili stanowi dla mnie ogromne wyzwanie. Dlatego też do pisania wiadomości o moim medycznym życiu dość długo się zbierałam. Jeśli mam o czymś pisać, to wolę o tym opowiadać. Uwielbiam opowiadać i dzielić się swoją wiedzą. W czasie studiów moje koleżanki wielokrotnie prosiły mnie o opowiedzenie o medycznych problemach. Mam pamięć wzrokową, to co zobaczę i przemyślę „jest moje”.
     Byłoby wielkim wstydem, gdybym sama jako inicjator opisywania wspomnień tego nie zrobiła. Zatem próbuję.
    Wychowywałam się w małych miejscowościach, w których były cukrownie. Tata był inżynierem w tych cukrowniach. Mama o duszy artystycznej zajmowała się domem. Nie było w mojej rodzinie tradycji medycznych. Z lekarzem spotykałam się tylko w czasie choroby lub szczepienia. Nie wiem jak się cudownie wydarzyło, że ten zawód był moim marzeniem od kiedy pamiętam.
    Szczęśliwie udało mi się studiować na wydziale lekarskim Akademii Medycznej w Łodzi. W czasie studiów moje serce skłaniało się do pediatrii. Na moim roku prowadziłam koło pediatryczne.
    Drugą moją miłością medyczną była neurologia – precyzja, gdzie jedno wynika z drugiego – struktura i funkcja prawie wszystko uporządkowane. Panowało wtedy przekonanie, że rozpoznanie choroby jest możliwe, ale leczenie to totalny nihilizm. Metody diagnostyczne dostępne na tamten czas w moim szpitalu: angiografia, badania płynu mózgowo-rdzeniowego, mielografia. Najbardziej stresującym badaniem była odma czaszkowa. Badanie to miało na celu określenie szerokości komór mózgowych, ich symetrii, oraz szerokości rowków korowych. Wykonywana w pracowni RTG (tam gdzie robiono zdjęcie płuc pacjentom z ulicy). Pacjent siedział, typowe nakłucie lędźwiowe, pobranie płynu mózgowo rdzeniowego w ilości około 50-100 ml i podanie w tej samej objętości powietrza. Nie było możliwości sterylizacji powietrza, nabierało się je do strzykawki przez stosik wyjałowionych gazików. Kolejne sekwencje zdjęć wiązały się ze zmianami położenia głowy. Przemieszczające się powietrze wywoływało niesamowity ból głowy. Czasem w czasie badania występowały drgawki. Śmiałyśmy się z koleżankami, że trzeba być ciągle w ciąży, bo wtedy był zakaz wykonywania badań w pracowni RTG. Kiedy to wszystko wspominam, dochodzę do wniosku, że Opatrzność czuwała nad pacjentami i nad nami. Szczęśliwie nie było ciężkich powikłań w postaci zakażeń.

    Igły do punkcji lędźwiowej były wielorazowego użytku. W nocy Panie pielęgniarki składały mandryn i igłę. Wielokrotnie trzeba było przypiłować końce, bo tworzyły się zadziory, które dodatkowo mogły skaleczyć pacjenta. Oczywiście autoklaw w gabinecie zabiegowym: sterylizacja rękawiczek, cewników do pęcherza moczowego, igieł, strzykawek.
    W 1976 roku pojechałam do Warszawy na kurs z podstaw neurologii. Jednym z tematów była radiologia. Pan prof. Kozłowski przywiózł z jakiegoś pobytu zagranicznego kliszę (jak zwykle zdjęcie RTG) z malutkimi obrazkami głowy, badaniami mózgu w technice tomografii komputerowej. Nasz niemy zachwyt trwał dłuższą chwilę. Myślę, że każdy z nas marzył o takim aparacie u siebie. Stopniowo pojedyncze tomografy pojawiały się w dużych ośrodkach klinicznych. Wtedy skierowania były analizowane przez komisje i dopiero wyznaczano termin badań. Pacjent z Torunia np. leciał helikopterem do Szczecina. Potrzeba rozwiązania tego problemu wiąże się z moim Mentorem dr Jerzym Matyjkiem.
    Założyliśmy fundację wspierającą zakup tomografu komputerowego. Przez 10 lat byłam sekretarzem tej fundacji. Jesienią 1993 roku tomograf holenderski firmy Philips już w naszym szpitalu pracował.
    Następnym badaniem neuroobrazowym było pojawianie się techniki badania rezonansem magnetycznym. Nawet badanie najprostszym aparatem 0,5 Tesli dawało obraz niemalże atlasu anatomicznego. Obecne możliwości tych aparatów są wręcz oszałamiające: angiografia, spektroskopia, obrazowanie perfuzyjne, obrazowanie tensora dyfuzji, traktografia (przydatna szczególnie neurochirurgom), badanie czynnościowe pokazujące, jakie struktury mózgu aktywizują się pod wpływem zadań kierowanych do pacjenta.
    W kręgu moich zainteresowań były choroby naczyniowe mózgu (z tego zakresu była moja praca doktorska). Zarówno udar mózgu niedokrwienny czy krwotoczny rokowały źle. Duża śmiertelność i w najlepszym razie znacznego stopnia inwalidztwo były codziennością. Aktualna diagnostyka neuroobrazowa stwarza warunki do leczenia trombolitycznego, trobektomii czy endowaskularnych zabiegów wyłączenia z krążenia tętniaków czy innych malformacji naczyniowych. Tego typu terapie dają wspaniałe efekty, na początku stosowania tych metod byliśmy zdumieni i jednocześnie szczęśliwi, że możemy je stosować. Obecne postępy diagnostyki i rozwój badań szczególnie w immunologii sprawił, że leczenie chorób neurologicznych szczególnie tych przewlekłych jest możliwe. Leczenie immunoglobulinami i przeciwciałami monoklonalnymi zmieniło radykalnie los chorych ze stwardnieniem rozsianym, oporną na leczenie miastenią i wieloma innymi chorobami o podłożu autoimmunologicznym. Pogarszająca znacznie jakość życia migrena przewlekła także może być leczona przeciwciałami monoklonalnymi. Początkowy nihilizm terapeutyczny zmienił się na nowoczesne, przynoszące wspaniałe efekty leczenie.
    Pierwszym moim nauczycielem neurologii był Profesor Antoni Prusiński, fenomenalny dydaktyk, erudyta. Na wykłady zapraszał pacjentów badanych nie tylko w klinice. Na wykłady Pana Profesora przychodzili lekarze specjalizujący się w neuro logii z całej Łodzi i okolicznych oddziałów. Uczył cały czas, kiedy zobaczył studenta na korytarzu i jednocześnie szedł pacjent z jakimiś zaburzeniami ruchowymi, od razu tłumaczył. Drugim moim Mentorem był Doktor Jerzy Matyjek, bardzo wymagający szef. Nauczył nas neurologii od podstaw w teorii i praktyce. Wielki szacunek dla pacjentów, był dla nas młodych lekarzy wspaniałym drogowskazem. Pracowałam z Panem Doktorem 17 lat (najdłużej ze wszystkich asystentów). Pamiętam wielu pacjentów, którzy uczyli mnie pokory. Z pozoru łatwa sprawa nieraz tragicznie się komplikowała. Wielokrotnie mówiłam do moich młodszych kolegów, że „musimy zrobić z ogromną uwagą wszystko, co jest w naszej mocy, mimo że finał może niestety, nie należeć do nas”.
    Moją odskocznią od pracy i od nauki była w miarę możliwości czasowych rodzinna jazda na rowerze, a kiedy już mieliśmy samochód spontaniczne wypady nad morze.
    Jeden z moich kolegów, kiedy czasem trzeba się było przebrać w gabinecie mówił „kolega z pracy to jak brat”. Lubił jak idąc do domu zakładałyśmy szpilki. Patrzył wtedy z wielką atencją na nas i czasem aż cmokał.
    Niestety moi synowie nie byli zainteresowani moją pasją. Kiedy byli w szkole podstawowej czasami na pytanie znajomych „Czy pójdziesz w ślady mamy?” odpowiadali „nie”. Na dalsze pytanie „dlaczego?” odpowiadali „bo trzeba się za dużo uczyć”. Mój mąż pracował jako informatyk.
    Każdy dzień mojej pracy mimo wieku (48 lat pracy w szpitalach) i obecnej pracy ambulatoryjnej (już w innym tempie), stanowi źródło radości i ładuje mój akumulator.